Ach, to prawda, najważniejsze było to, by nikomu nie działa się krzywda. By każdy był szczęśliwy i zadowolony na swój sposób. Albo i na jeden sposób. Niektórym wystarczyły rozmowy i książki, inni poszukiwali oderwania się od rzeczywistości wspinając się na Mount Everest, a jeszcze inni szukali cudzych ramion. Ten świat był pełen zberezieństwa i krzywd wyrządzanych bliźnim. Zbyt wiele. Za dużo ludzi, którzy chcieli brać tylko dla siebie, za mało tych, którzy chcieli dawać i nie żądali niczego w zamian. Między nimi tego problemu nie było. Pomagali sobie wzajem. Wspierali się w tych lukach, jakie mieli. Laurent był manipulatorem, ale jego dobre serce nie pozwalało mu czynić komuś krzywdy - taki się z tego niezdrowy zabieg robił w większości. Bo w końcu manipulacje same w sobie, z definicji, były złe.
- To nie dokładnie o to chodzi, Victorio. - To nie było takie proste jak "zabić ogniem", nie ograniczało się tylko do czynienia krzywdy, które samo w sobie wypaczało. Czarna magia sięgała do aspektów człowieczeństwa, przecinała harmonię natury, naruszała prawo, według których ten świat trwał. Nawet gdyby potraktować łagodząco to, że również wymagała trochę więcej poza nauczeniem się, jak stworzyć słup ognia. - Nie denerwuj się, proszę. Frustracja tutaj nie pomoże, a zobacz, jak już psuje ci to nastrój... pomyśl o tym, że zrobimy swoje i coś zmienimy na lepsze. - Wyciągnął do niej dłoń, żeby położyć ją na jej plecach i przesunąć w górę i w dół parę razy dla dodania otuchy, pokrzepienia. Żeby spróbować jej trochę ten nastrój poprawić mimo tego, że poruszali tematy nieco denerwujące, bo prezentujące zupełny brak pomyślunku z ramienia prawa. - Manipulacja energią, siłami witalnymi, nawet czyniona w celach dobrych może przynieść tragiczne skutki w nieodpowiednich rękach. Nawet jeśli mówimy tylko o białej magii. - Choć akurat Patronus był niegroźnym, a niezwykle użytecznym zaklęciem. Wymagającym dużej wprawy, co prawda i mocnej woli, ale możliwym do stworzenia bez narażania przy tym własnego zdrowia czy zdrowia kogokolwiek innego. - O tym myślałem. - Cieszył się, że jego rozumowanie zostało przyjęte z aprobatą, że zgadzała się z tym, że rzucanie się na głęboką wodę rzeczywiście nie miało większego sensu. Było o wiele bardziej zajmujące, kosztowne i w dodatku obarczone większą szansą niepowodzenia. Niekoniecznie przy tym chodziło o koszta w złocie, bo to nie było problemem dla ich dwójki.
- Jakiekolwiek informacje i pomoc będą na wagę złota. - Niezależnie od tego, czy będzie z ich strony jakieś potwierdzenie i zaprzeczenie. Laurent nie miał pojęcia, że w ogóle w Limbo może być co innego poza duszami. Choć... w zasadzie... niektóre duchy przecież zachowywały się jak bardziej wypaczone wersje siebie z rzeczywistości. Więc może tam mogły przejść jakąś metamorfozę, zmianę? Limbo było dla niego sekretem, którego nie zagłębiał daleko. Choć i tak o wiele dalej niż przeciętni czarownicy. Pewne sekrety skryte były jednak w kowenie, a on nigdy nie czuł potrzeby zajmowania się duchami stricte. Położył swoje zainteresowania w innym punkcie, co było tutaj wiadome. Wyciągnął jedną z kartek ze swojego dziennika i czarem przekopiował to, co było na drugiej - tylko bez swoich osobistych dopisków, które już były zawarte w samym tekście, żeby o wiele łatwiej było się w tym rozczytać. - Proszę bardzo. - Zgiął karteczkę i podał ją Victorii, chowając do magicznej kieszeni dziennik z ołówkiem. Fakt, Departament Tajemnic był miejscem bardzo osobliwym. Skinął głową na znak, że rozumie i fakt, że w zasadzie miło z ich strony, że powiedzieli cokolwiek. A nie zrobili tylko pokerowe twarze z komentarzem, że "nie mogą na ten temat rozmawiać".
Następnymi rewelacjami był... skonfundowany. Bardzo skonfundowany. Nawet nie do końca wiedział, co powiedzieć, bo brzmiało to... strasznie dziwnie. Nieracjonalnie. Czemu robić tajemnicę ze śmierci aurora? Może Brenna wiedziała jeszcze coś więcej o tych widmach, niż mówiła?
- Owszem, czarna magia zazwyczaj jest wyczuwalna i takiego nie znaliśmy, ale również nie znał nikt takiego stworzenia, które nie zostawiałoby żadnych śladów, nie było widzialne i robiła z człowiekiem coś... tak okropnego. W tamtej chwili zaklęcie było bardziej prawdopodobne niż stworzenie. - Ponieważ magia mogła zdziałać naprawdę cuda. Stworzenia magiczne też, jak było widać, ale tak - świat jeszcze o takich stworach nie słyszał. Nikt nie słyszał. Tym nie mniej dlatego były robione badania, żeby się przekonać. Odpowiedział na to, ale ciągle bardzo intensywnie myślał, próbował zrozumieć, czuł się w jakiś sposób winny, chociaż nie zrobił niczego niepoprawnego. Nawet do głowy by mu nie przyszło, że sprawa w biurze aurorów, z Brenną zaangażowaną, nie trafi do uszu Victorii. - Słucham? Nie, oczywiście, że nie. Byłem tylko raz przeszukać tamto miejsce, na prośbę Brenny zresztą. Dopiero postanowiłem zbadać las, kiedy spotkaliśmy się przy Mildred. - Wyjaśnił. Gdyby już wcześniej się narażał to inaczej by do tych widm podchodził. - Nie wiem, co kierowało Brenną, przepraszam, ja... nie sądziłem, że ta sprawa do ciebie nie dotrze. Zgłosiłem to oficjalnie. Może ktoś inny się sprawą zajmował. Albo... nie wiem. - Ciężko było mu powiedzieć. Bardzo ciężko. Na pewno jednak było mu przykro, bo widział, że to strasznie nią wstrząsnęło i wcale się nie dziwił. A może... - Może nie chcieli też dokładać ci zmartwień? Sama musiała zresztą to bardzo przeżywać, szczególnie, że jej wuj był... w złym stanie. Powinnaś sobie to wyjaśnić z Brenną. - Powiedział to jako propozycję, mała sugestię, bo przecież były ze sobą blisko. Więc może nastąpiło tutaj jakieś nieporozumienie.