08.10.2023, 21:26 ✶
Zrobiła to, bo chciała i żadne podziękowania nie były potrzebne, zwłaszcza że była przekonana, że Hjalmar postąpiłby w ten sam sposób. Tak to już było, gdy ludzie na siebie liczyli, gdy łączyła ich jakaś więź. Nie umiała lub też nie chciała nazwać tej, która wytworzyła się pomiędzy nimi, tkwiąc gdzieś pośrodku, w nieokreślonym chaosie wydarzeń i zrządzeń losu. Jakkolwiek odważna i empatyczna Pandora by nie była, nazywanie czegoś i nadawanie temu poważnego brzmienia, było dla niej trochę przerażające. Z pewnością winę ponosiła Ayday, męcząc ją ciągle o małżeństwo, opowiadając o związanych z tym obowiązkach i innych składnikach, których mieszanka tworzy relację męża i żony. Ta wydawała się brunetce poważna, pozbawiona wolności i swobody, uśmiechu, jakiegoś entuzjazmu. Jakby podcinała skrzydła, bo jaką więź można było zdobyć z kimś, kogo nagle wybrali Ci rodzice? Spełnianie marzeń Islandczyka było niewielką częścią tego, co mogła zrobić, aby mu się odwdzięczyć za wszystko, co dla niej robił, za bodźce, których jej dostarczał i za wyzwania, które jej rzucał. Wcześniej nie sądziła, że będzie w stanie wspiąć się na takie wysokie drzewo!
Przeglądanie się w lustrze nie było niczym złym, ot zwykłym nawykiem ludzkim, a Hjalmar naprawdę nie miał czego się wstydzić. Potrzebował tylko podbudowania wiary w siebie, odrobiny głaskania ego, czego właściwie Prewettówna nigdy mu nie odmawiała, jednocześnie będąc kompletnie szczerą. Nie rzucała pustych komplementów, nie lubiła bawić się cudzymi uczuciami. Zaskoczenia na jego twarzy już jednak nie zobaczyła, zabierając siatki do kuchni, bo przecież śniadanie się samo nie zrobi.
Nie była pewna, czy maślanka byłaby łatwa do kupienia w Wielkiej Brytanii. Nie pomyślała o tym, że akurat ten nabiał może być podstawą diety, a nie Skyr, którego instynktownie na sklepowej półce szukała. Ten, który Ingrid jej dała na Islandii, był przepyszny. Woda leniwie zaczęła bulgotać, zawartość obydwu patelni skwierczała subtelnie, a ona tkwiła oparta o blat, przyglądając mu się z zaciekawieniem, błyskiem w oczach. Uniesione brwi świadczyły o tym, że słowa, które wypowiadała, nie były tymi, których mógł się spodziewać. Nie odwróciła jednak wzroku, pozwalając sobie na krótkie przytaknięcie, które sugerowało dodatkowe potwierdzenie, tym razem niewerbalne. Westchnęła cicho, gdy odwrócił wzrok. Oczywiście, że było proste, tylko on sam sobie utrudniał, uwielbiał się męczyć. Może Niedźwiadek miał drobne skłonności masochistyczne? Lepiej było dać mu spokój, więc odwróciła się i wróciła do śniadania, czując już unoszący się w powietrzu aromat kawy.
- Co? Czemu się śmiejesz? - zapytała mimowolnie, odwracając głowę przez ramię i spoglądając na niego z uśmiechem, bo nie mogła sobie odmówić tego widoku. Nie robił tego często, więc zawsze sprawiał jej radość okazanym w tak widoczny sposób rozbawieniem lub optymizmem. Dostrzegła również, że jego wzrok powędrował w stronę wazonu, o którym dopiero teraz sobie przypomniała. Brązowe tęczówki na chwilę zatonęły w czerwieni płatków, nim wróciła do przygotowania dodatków do jego mięsnego śniadania. - Piękne, prawda? - zapytała pogodnie, nie widząc absolutnie niczego złego w ozdobie, nie zdając sobie sprawy, jak ich obecność go irytowała. - No tak, wtedy masz taką jajeczną kanapkę. Nie jadłeś nigdy tak? W takim razie musisz spróbować! Zrobimy trochę tak, trochę tak! - zdecydowała pomimo jego odpowiedzi, chcąc dać mu więcej możliwości. Zresztą, porcja była tak duża, że wystarczy z pewnością i na talerz i na pieczywo — wciąż ciepłe, które właśnie smarowała masłem. Dopytała, jak ściętą lubi i szybko owinęła się z dobrze opanowanym przez siebie daniem, chociaż tym razem okraszonym tym nieszczęsnym boczkiem i szczypiorkiem. Trochę wylądowało na połówce bułki, resztę na talerzu, który odstawiła na bok, aby trochę przestygnie, czekając na angielskie kiełbaski, które potrzebowały chyba jeszcze chwili. Zamieszała płatki w garnku, nucąc coś pod nosem i kroiła sobie owoce, gdy zadał jej najbardziej niedorzeczne pytanie, jakie słyszała. Rozchyliła usta zbita z tropu, o mało nie wypuszczając noża z dłoni i wbiła spojrzenie w maltretowaną brzoskwinie, przygryzając dolną wargę.
- Dlaczego pytasz? - rzuciła najpierw, starając się zachować normalny ton głosu, a potem prędko posiekała owoce do końca, obmywając dłonie i mieszając zawartość garnków.- Mówiłam Ci, żebyś czuł się, jak u siebie. Nie chcesz nosić koszulki, bo nie nosisz jej w domu? To nie zakładaj.
Wzruszyła nawet ramionami, obdarzając go pogodnym uśmiechem, chociaż prawda była taka, że zupełnie jej to nie przeszkadzało. Może odrobinę zaburzało rozsądek, skłaniając do wszystkiego tego, o czym nie powinna była myśleć i czego nie powinna była robić, ale była w stanie znieść te konsekwencje. Zauważyła, że spogląda na róże częściej, niż powinien, co sprawiło, że tym razem to Pandora uniosła brew.
- Zauważyłeś, że pachną trochę owocami? Czasem też zmieniają kolor. Czekaj, pokażę Ci! - zaproponowała, odwracając się w stronę wazonu. Zanim jednak wyjęła z niego kwiat, zsunęła płynnym ruchem bluzę, która nieco wyżej niż powinna, uniosła jasną koszulkę, którą pod nią miała, a potem odrzuciła materiał na parapet w kuchni, gdzie było siedzisko. Poprawiła top, zupełnie nie przejmując się odsłoniętym brzuchem lub nawet fragmentem purpurowego stanika, wyciągając kwiatek i ruszając w stronę Hjalmara. Oczywiście trochę pochlapała podłogę od mycia rąk, wchodząc w to wzorzystą skarpetą. Los chciał, że jak zwykle — szła szybko, obracając beztrosko samotną różą w dłoniach, a drewniana podłoga była dość śliska.
Gdyby zapytać Pandory, jak to wszystko się potoczyło, nie mogłaby chyba znaleźć odpowiedzi. Nim się spostrzegła, straciła równowagę, lecąc do przodu, z zaciśniętymi powiekami. Nie zwróciła nawet uwagi na kwiatka, którego upuściła i który spadł gdzieś bezgłośnie, gubiąc kilka płatków. Nie poczuła jednak uderzenia mocnego, jedynie w okolicy nóg, które musiały w coś uderzyć, bo potem znów jakby straciła równowagę, zapewne wpadając na jakiś mebel.
- Ups? - wydała z siebie, gdy brązowe ślepia z zaskoczeniem odkryły przed sobą twarz blondyna w otoczeniu musztardowego koca i szarych poduszek. Spoglądała na niego z góry, ciemne włosy spływały leniwie po prawej stronie, łaskocząc odsłonięte fragmenty skóry. Jej dłonie opierały się o jego tors i chociaż czuła zawstydzenie, naprawdę chcąc się ruszyć, nie mogła. Na pewno jej policzki były czerwone, ale widok niebieskich oczu z tak bliskiej odległości sprawił, że pochłonęły ją myśli dotyczące ich wcześniejszego wieczora. Ściągnęła brwi, łapiąc głębszy oddech, jedną rękę przesuwając tak, że oparła ją o poduszkę przy jego głowie, nie dotykając jednak palcami skóry na twarzy i uważając, aby nie pociągnąć mu włosów.
- Cały czas się zastanawiam… Zmuszasz się do spędzania ze mną czasu? Skoro wiesz, trochę się mnie boisz i tak dalej. - zapytała cicho, powstrzymując jednak kolejne słowa, które dotyczyły ich randki, o której Islandczyk nie pamiętał, a ona chyba bała się mu przypomnieć, wciąż czując wyrzuty sumienia, że to przez nią się tak napił. I ta reakcja rano! Dziewczyna przygryzła dolną wargę, kręcąc szybko głową i drugą dłonią po kilku sekundach przysunęła mu palec do ust. - Nie! Nie mów, to bez znaczenia. Nie uszkodziłam Cię?
Zapytała już głośniej, brzmiące tak, jak zwykle. Cofnęła się nieco, prostując i siadając — robiąc sobie z niego właściwie siedzisko, uniosła dłonie, poprawiając zsuniętą z włosów frotkę. Prawdopodobnie nie była gotowca na to, co może usłyszeć, a czego usłyszeć wcale nie chciała. Przecież on był takim człowiekiem, że nie zrobiłby drugiemu przykrości, nawet gdyby bawił się okropnie..- Chyba nie, wyglądasz na całego.. - stwierdziła pod nosem po tym, jak zlustrowała go wzrokiem. Dopiero teraz zauważyła kolec wbity w dłoń, a kwiatka tam nie miała. Prychnęła pod nosem, rozglądając się w poszukiwaniu zmaltretowanej róży, która musiała wlecieć pod kanapę, pod stolik lub ewentualnie pod Hjalmara. Już chciała powiedzieć, że przyniesie drugą, ale odgłos skwierczenia sprawił, że rozchyliła usta w niemym, przestraszonym okrzyku, łapiąc się za oparcie kanapy i chcąc zejść na podłogę, aby pobiec do kuchni. Pięknie, jeszcze mu spali śniadanie.
Przeglądanie się w lustrze nie było niczym złym, ot zwykłym nawykiem ludzkim, a Hjalmar naprawdę nie miał czego się wstydzić. Potrzebował tylko podbudowania wiary w siebie, odrobiny głaskania ego, czego właściwie Prewettówna nigdy mu nie odmawiała, jednocześnie będąc kompletnie szczerą. Nie rzucała pustych komplementów, nie lubiła bawić się cudzymi uczuciami. Zaskoczenia na jego twarzy już jednak nie zobaczyła, zabierając siatki do kuchni, bo przecież śniadanie się samo nie zrobi.
Nie była pewna, czy maślanka byłaby łatwa do kupienia w Wielkiej Brytanii. Nie pomyślała o tym, że akurat ten nabiał może być podstawą diety, a nie Skyr, którego instynktownie na sklepowej półce szukała. Ten, który Ingrid jej dała na Islandii, był przepyszny. Woda leniwie zaczęła bulgotać, zawartość obydwu patelni skwierczała subtelnie, a ona tkwiła oparta o blat, przyglądając mu się z zaciekawieniem, błyskiem w oczach. Uniesione brwi świadczyły o tym, że słowa, które wypowiadała, nie były tymi, których mógł się spodziewać. Nie odwróciła jednak wzroku, pozwalając sobie na krótkie przytaknięcie, które sugerowało dodatkowe potwierdzenie, tym razem niewerbalne. Westchnęła cicho, gdy odwrócił wzrok. Oczywiście, że było proste, tylko on sam sobie utrudniał, uwielbiał się męczyć. Może Niedźwiadek miał drobne skłonności masochistyczne? Lepiej było dać mu spokój, więc odwróciła się i wróciła do śniadania, czując już unoszący się w powietrzu aromat kawy.
- Co? Czemu się śmiejesz? - zapytała mimowolnie, odwracając głowę przez ramię i spoglądając na niego z uśmiechem, bo nie mogła sobie odmówić tego widoku. Nie robił tego często, więc zawsze sprawiał jej radość okazanym w tak widoczny sposób rozbawieniem lub optymizmem. Dostrzegła również, że jego wzrok powędrował w stronę wazonu, o którym dopiero teraz sobie przypomniała. Brązowe tęczówki na chwilę zatonęły w czerwieni płatków, nim wróciła do przygotowania dodatków do jego mięsnego śniadania. - Piękne, prawda? - zapytała pogodnie, nie widząc absolutnie niczego złego w ozdobie, nie zdając sobie sprawy, jak ich obecność go irytowała. - No tak, wtedy masz taką jajeczną kanapkę. Nie jadłeś nigdy tak? W takim razie musisz spróbować! Zrobimy trochę tak, trochę tak! - zdecydowała pomimo jego odpowiedzi, chcąc dać mu więcej możliwości. Zresztą, porcja była tak duża, że wystarczy z pewnością i na talerz i na pieczywo — wciąż ciepłe, które właśnie smarowała masłem. Dopytała, jak ściętą lubi i szybko owinęła się z dobrze opanowanym przez siebie daniem, chociaż tym razem okraszonym tym nieszczęsnym boczkiem i szczypiorkiem. Trochę wylądowało na połówce bułki, resztę na talerzu, który odstawiła na bok, aby trochę przestygnie, czekając na angielskie kiełbaski, które potrzebowały chyba jeszcze chwili. Zamieszała płatki w garnku, nucąc coś pod nosem i kroiła sobie owoce, gdy zadał jej najbardziej niedorzeczne pytanie, jakie słyszała. Rozchyliła usta zbita z tropu, o mało nie wypuszczając noża z dłoni i wbiła spojrzenie w maltretowaną brzoskwinie, przygryzając dolną wargę.
- Dlaczego pytasz? - rzuciła najpierw, starając się zachować normalny ton głosu, a potem prędko posiekała owoce do końca, obmywając dłonie i mieszając zawartość garnków.- Mówiłam Ci, żebyś czuł się, jak u siebie. Nie chcesz nosić koszulki, bo nie nosisz jej w domu? To nie zakładaj.
Wzruszyła nawet ramionami, obdarzając go pogodnym uśmiechem, chociaż prawda była taka, że zupełnie jej to nie przeszkadzało. Może odrobinę zaburzało rozsądek, skłaniając do wszystkiego tego, o czym nie powinna była myśleć i czego nie powinna była robić, ale była w stanie znieść te konsekwencje. Zauważyła, że spogląda na róże częściej, niż powinien, co sprawiło, że tym razem to Pandora uniosła brew.
- Zauważyłeś, że pachną trochę owocami? Czasem też zmieniają kolor. Czekaj, pokażę Ci! - zaproponowała, odwracając się w stronę wazonu. Zanim jednak wyjęła z niego kwiat, zsunęła płynnym ruchem bluzę, która nieco wyżej niż powinna, uniosła jasną koszulkę, którą pod nią miała, a potem odrzuciła materiał na parapet w kuchni, gdzie było siedzisko. Poprawiła top, zupełnie nie przejmując się odsłoniętym brzuchem lub nawet fragmentem purpurowego stanika, wyciągając kwiatek i ruszając w stronę Hjalmara. Oczywiście trochę pochlapała podłogę od mycia rąk, wchodząc w to wzorzystą skarpetą. Los chciał, że jak zwykle — szła szybko, obracając beztrosko samotną różą w dłoniach, a drewniana podłoga była dość śliska.
Gdyby zapytać Pandory, jak to wszystko się potoczyło, nie mogłaby chyba znaleźć odpowiedzi. Nim się spostrzegła, straciła równowagę, lecąc do przodu, z zaciśniętymi powiekami. Nie zwróciła nawet uwagi na kwiatka, którego upuściła i który spadł gdzieś bezgłośnie, gubiąc kilka płatków. Nie poczuła jednak uderzenia mocnego, jedynie w okolicy nóg, które musiały w coś uderzyć, bo potem znów jakby straciła równowagę, zapewne wpadając na jakiś mebel.
- Ups? - wydała z siebie, gdy brązowe ślepia z zaskoczeniem odkryły przed sobą twarz blondyna w otoczeniu musztardowego koca i szarych poduszek. Spoglądała na niego z góry, ciemne włosy spływały leniwie po prawej stronie, łaskocząc odsłonięte fragmenty skóry. Jej dłonie opierały się o jego tors i chociaż czuła zawstydzenie, naprawdę chcąc się ruszyć, nie mogła. Na pewno jej policzki były czerwone, ale widok niebieskich oczu z tak bliskiej odległości sprawił, że pochłonęły ją myśli dotyczące ich wcześniejszego wieczora. Ściągnęła brwi, łapiąc głębszy oddech, jedną rękę przesuwając tak, że oparła ją o poduszkę przy jego głowie, nie dotykając jednak palcami skóry na twarzy i uważając, aby nie pociągnąć mu włosów.
- Cały czas się zastanawiam… Zmuszasz się do spędzania ze mną czasu? Skoro wiesz, trochę się mnie boisz i tak dalej. - zapytała cicho, powstrzymując jednak kolejne słowa, które dotyczyły ich randki, o której Islandczyk nie pamiętał, a ona chyba bała się mu przypomnieć, wciąż czując wyrzuty sumienia, że to przez nią się tak napił. I ta reakcja rano! Dziewczyna przygryzła dolną wargę, kręcąc szybko głową i drugą dłonią po kilku sekundach przysunęła mu palec do ust. - Nie! Nie mów, to bez znaczenia. Nie uszkodziłam Cię?
Zapytała już głośniej, brzmiące tak, jak zwykle. Cofnęła się nieco, prostując i siadając — robiąc sobie z niego właściwie siedzisko, uniosła dłonie, poprawiając zsuniętą z włosów frotkę. Prawdopodobnie nie była gotowca na to, co może usłyszeć, a czego usłyszeć wcale nie chciała. Przecież on był takim człowiekiem, że nie zrobiłby drugiemu przykrości, nawet gdyby bawił się okropnie..- Chyba nie, wyglądasz na całego.. - stwierdziła pod nosem po tym, jak zlustrowała go wzrokiem. Dopiero teraz zauważyła kolec wbity w dłoń, a kwiatka tam nie miała. Prychnęła pod nosem, rozglądając się w poszukiwaniu zmaltretowanej róży, która musiała wlecieć pod kanapę, pod stolik lub ewentualnie pod Hjalmara. Już chciała powiedzieć, że przyniesie drugą, ale odgłos skwierczenia sprawił, że rozchyliła usta w niemym, przestraszonym okrzyku, łapiąc się za oparcie kanapy i chcąc zejść na podłogę, aby pobiec do kuchni. Pięknie, jeszcze mu spali śniadanie.