Pokój Rabastana... był niczym jaskinia. Kotary były zasłonięte, nie wpadało do środka żadne światło. Sam Lestrange leżał w łóżku, przykryty kołdrą, zasłonięty poduszkami. Nie wyglądał najlepiej, właściwie to zupełnie przeciwnie. Nie umknęły jej te walające się wszędzie chusteczki. Przymrużyła oczy i spoglądała na niego dłuższą chwilę, wyglądał żałośnie. Nie powiedziała tego jednak w głos, nie zjawiła się tu po to, żeby komentować sposób, w jaki żył.
- Masz katar? Czyli umierasz. Wy, mężczyźni jesteście tacy słabi... - Nie mogła się powstrzymać. Jej ojciec miał podobnie, miała wrażenie, że wszyscy mężczyźni bardzo dramatyzowali jeśli chodzi o choroby. Nie miała pojęcia, z czego to wynika i jeszcze śmiali mówić o tym, że kobiety to słabsza płeć - dobre sobie. Nigdy się z tym nie zgadzała.
- Przestań się mazać, przyniosę ci eliksir, jeśli będziesz grzeczny, ale jutro. Przeżyjesz? Czy umrzesz w nocy? - Nie miała pojęcia, czy wytrzyma do rana. O ile wszystko pójdzie po jej myśli bardzo chętnie go odwiedzi z tą skromną fiolką w ramach podziękowania za wsparcie. Nie wątpiła w to, że jej pomoże. Rabastan zawsze robił to, o co go poprosiła, prawdziwy był z niego przyjaciel, ze świecą takich szukać w dzisiejszych czasach.
Starała się nie roześmiać, kiedy kaszlał, a jego włosy zmieniały przy tym kolor, chociaż z jej perspektywy wyglądało to naprawdę zabawnie. Nie udało jej się w pełni zapanować nad swoim śmiechem, więc mógł usłyszeć kilka tłumionych dźwięków. Zakryła sobie usta dłonią, aby to przyciszyć.
Podeszła bliżej łóżka Lestranga i usiadła na jego skraju, kiedy już się uspokoiła. Na szczęście ten chwilowy atak nie trwał zbyt długo. - Żadna zaraza, nie mogę spać, bo muszę myśleć, jak mogę pomóc Czarnemu Panu rosnąć w siłę. - Przewróciła oczami, bo to było dla niej oczywiste. Nie miała czasu na choroby, na sen i inne głupoty. Musiała ciągle szukać sposobów na to, aby Lord Voldemort wreszcie przejął władzę nad czarodziejskim światem. - Nie mam czasu na wyjaśnienia Rabi, muszę wracać do Doliny, obiecuję, że rano Ci o wszystkim opowiem. - Zamierzała się przecież tu pojawić i pochwalić mu tym, co zrobiła. Oczywiście nie przyjmowała w ogóle opcji, że jej plan się może nie powieść. Wszystko pójdzie jak z płatka, wizualizowała sobie już, jak pan Lord Voldemort będzie ją wychwalał przy innych śmierciożercach za jej zaangażowanie. To było warte każdego poświęcenia.
- Nikt nie może mnie rozpoznać, a jest tam cała masa ludzi z ministerstwa. Potrzebuję jej. - Powiedziała jeszcze, żeby Rabastan zrozumiał, że naprawdę jest to bardzo ważne. Nie mogła dać się rozpoznać, musiał zmienić jej oblicze.
Przyjaciel zapalił lampkę, na całe szczęście miał trochę sił, żeby to zrobić. Była uratowana. - Idealnie. Dokładnie tak było. - Nie musiała wyglądać dokładnie tak, jak wtedy, jednak najważniejsze było to, żeby nikt nie powiązał Mery Sue z Bellatrix Black. Kobieta, którą stworzyli z Rabastanem była jej zupełnym przeciwieństwem, nikt by jej nie kojarzył z Trixie, świetnie to wtedy wymyślili. - i tak w ciemności nie zobaczą oczu, obojętne, jaki kolor wybierzesz. - Czekała, aż Rabastan skończy swoje czary mary i będzie mogła wrócić do Doliny.