09.10.2023, 15:03 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.10.2023, 15:04 przez Edward Prewett.)
Można się pokusić nawet o stwierdzenie, że jednakże byłem wierzący, aczkolwiek centrum mojej wiary, jak i powodem jej posiadania były pieniądze, fortuna, bogactwo, sukces, chwała. Piąłem się tak wysoko, najwyżej, że w tej chwili faktycznie mogłem znajdować się na piedestale niczym same bóstwo. Patrząc na listy, które mi wysyłano, większość tych marnych istot miała we mnie cudotwórcę, a ja, cóż, nie miałem tyle czasu i motywacji by się bawić w jakieś drobnostki. Czy to już czyniło mnie bogiem? Czy zmora konkurentów?
- Lorczeku, słoneczko... Nie używamy wobec siebie takich słów jak tylko. Możesz to podmienić na aż albo na słowo doskonały. Adekwatnie, jesteś niesamowitym hodowcą abraksanów i posiadaczem rezerwatu. A to zdanie o Minister bardzo piękne - poinstruowałem, ale też pochwaliłem z domu. Machnąłem ręką na tę kobietę, bo szkoda było faktycznie sił i walki o jej uwagę, skoro i tak nie potrafiła nic zorganizować, pociągnąć od początku do końca. - Jeśli już mam cię komuś przedstawiać, to możemy kiedyś się umówić na podwieczorek z Królową Elżbietą, ale to poważna, zapracowana mugolka, więc jak już potwierdzi spotkanie, to wypada tam być... Poza tym to jaki dług mam u ciebie, synu? - zapytałem trochę zbity z tropu, bo nic sobie nie przypominałem bym zadłużył się w jakikolwiek sposób u Lorka. Ogólnie rzadko stosowałem metodę przysługową, chyba że już faktycznie musiałem się do takowej ukorzyć, to tak, Niestety, nie podobało mi się bycie czyjąś osobą zrób-przynieś-pozamiataj. Wolałem rozdawać karty. Właśnie, dawno mnie nie było w którymkolwiek z naszych kasyn. Może należało to zmienić?
Cóż, wszelkie figle odeszły chwilowo w niepamięć, bo na mej twarzy wykwitło najszczersze w swojej postaci zaskoczenie. Uśmiechnąłem się zaraz pod nosem zadowolony.
- Jak ten czas leci! Artreusek to już aurorem jest? Toć jeszcze nie tak dawno szedł do szkoły, a teraz już taka kariera... Oby tam na siebie uważał, bo szkoda by było tak dobrych genów - stwierdziłem bez zawahania, dumny z pociechy mojej rodzonej siostry. Enida to kobieta niezwykła, jak zresztą my wszyscy, więc nie dziwić się, że miała też takie mądre dzieciaki. Za wyjątkiem tej Florence przebrzydłej dziewuchy. Wszystko musiała robić pod prąd. - W sumie jego brat chyba również, prawda? Jest aurorem? Czy bumowcem? Gdzież to ich diabli ponieśli, zamiast w biznesy, to w ganianie za łotrami - zauważyłem, wzruszając ramionami, wdzięczny losowi, że przynajmniej nie miałem tego problemu z Pandorką i Lorkiem. Z tą jedną drobną nieprzyjemnością związaną z seryjnym mordercą...
Ale chwila! Czy Lorek coś mówił o jakiejś przyjaciółce? Postąpiłem tych kilka kroków by usiąść w fotelu dla interesantów. Aż się zdziwiłem, że taka dziwna perspektywa stąd była. Tak jakoś nisko i daleko... Cóż, nieistotne. Założyłem sobie nogę na nogę i zamierzałem posłuchać więcej ploteczek o ewentualnych pannicach mojego syna.
- Prawdziwe prostowanie kości odbyłoby się w klubie, ale ostatnimi czasy tak wciągnęła mnie praca, że zdziadziałem - zaśmiałem się z tego hermetycznego dla siebie żartu, bo wcale taki stary nie byłem. Mieliśmy bardziej dojrzałe persony w swojej rodzinie i miewali się doskonale, więc mi tym bardziej ostatniemu było do grobu. - Po prostu pan bóg stara się być bardziej skromny, a pan półbóg mógłby być nieco mniej skromny - zaśmiałem się, choć tak się zawahałem, bo dziecko boga i selkie to dalej jednak musiało pozostawać bogiem, hehe.
- Może jednak młodszy bóg Lorek, bóg światła, siedmiu mórz i rezerwatów - zaproponowałem, dla podkreślenia wyciągając dłoń przed siebie. Grubą linią wyobraźni to podkreśliłem by przypadkiem nie umknęło Laurentowi. Ale ja byłem boskim przewodnikiem! - Ale nie po to siadłem by nam prawić komplementy, Lorek. Powiedz mi lepiej... To z tą Victorią miałeś te bliższe relacje...? - zapytałem z nieskrywaną ciekawością. U mnie w domu to ostatnio tylko małżeńskie pożycie, ale nie będę opowiadał o plecach jego macochy Aydai, wiedząc, że nie przepadają za sobą. A teraz jeszcze wysłałem ją na dalekie lądy, więc usychałem z braku kobiety. Puste, chłodne łóżko.
- Lorczeku, słoneczko... Nie używamy wobec siebie takich słów jak tylko. Możesz to podmienić na aż albo na słowo doskonały. Adekwatnie, jesteś niesamowitym hodowcą abraksanów i posiadaczem rezerwatu. A to zdanie o Minister bardzo piękne - poinstruowałem, ale też pochwaliłem z domu. Machnąłem ręką na tę kobietę, bo szkoda było faktycznie sił i walki o jej uwagę, skoro i tak nie potrafiła nic zorganizować, pociągnąć od początku do końca. - Jeśli już mam cię komuś przedstawiać, to możemy kiedyś się umówić na podwieczorek z Królową Elżbietą, ale to poważna, zapracowana mugolka, więc jak już potwierdzi spotkanie, to wypada tam być... Poza tym to jaki dług mam u ciebie, synu? - zapytałem trochę zbity z tropu, bo nic sobie nie przypominałem bym zadłużył się w jakikolwiek sposób u Lorka. Ogólnie rzadko stosowałem metodę przysługową, chyba że już faktycznie musiałem się do takowej ukorzyć, to tak, Niestety, nie podobało mi się bycie czyjąś osobą zrób-przynieś-pozamiataj. Wolałem rozdawać karty. Właśnie, dawno mnie nie było w którymkolwiek z naszych kasyn. Może należało to zmienić?
Cóż, wszelkie figle odeszły chwilowo w niepamięć, bo na mej twarzy wykwitło najszczersze w swojej postaci zaskoczenie. Uśmiechnąłem się zaraz pod nosem zadowolony.
- Jak ten czas leci! Artreusek to już aurorem jest? Toć jeszcze nie tak dawno szedł do szkoły, a teraz już taka kariera... Oby tam na siebie uważał, bo szkoda by było tak dobrych genów - stwierdziłem bez zawahania, dumny z pociechy mojej rodzonej siostry. Enida to kobieta niezwykła, jak zresztą my wszyscy, więc nie dziwić się, że miała też takie mądre dzieciaki. Za wyjątkiem tej Florence przebrzydłej dziewuchy. Wszystko musiała robić pod prąd. - W sumie jego brat chyba również, prawda? Jest aurorem? Czy bumowcem? Gdzież to ich diabli ponieśli, zamiast w biznesy, to w ganianie za łotrami - zauważyłem, wzruszając ramionami, wdzięczny losowi, że przynajmniej nie miałem tego problemu z Pandorką i Lorkiem. Z tą jedną drobną nieprzyjemnością związaną z seryjnym mordercą...
Ale chwila! Czy Lorek coś mówił o jakiejś przyjaciółce? Postąpiłem tych kilka kroków by usiąść w fotelu dla interesantów. Aż się zdziwiłem, że taka dziwna perspektywa stąd była. Tak jakoś nisko i daleko... Cóż, nieistotne. Założyłem sobie nogę na nogę i zamierzałem posłuchać więcej ploteczek o ewentualnych pannicach mojego syna.
- Prawdziwe prostowanie kości odbyłoby się w klubie, ale ostatnimi czasy tak wciągnęła mnie praca, że zdziadziałem - zaśmiałem się z tego hermetycznego dla siebie żartu, bo wcale taki stary nie byłem. Mieliśmy bardziej dojrzałe persony w swojej rodzinie i miewali się doskonale, więc mi tym bardziej ostatniemu było do grobu. - Po prostu pan bóg stara się być bardziej skromny, a pan półbóg mógłby być nieco mniej skromny - zaśmiałem się, choć tak się zawahałem, bo dziecko boga i selkie to dalej jednak musiało pozostawać bogiem, hehe.
- Może jednak młodszy bóg Lorek, bóg światła, siedmiu mórz i rezerwatów - zaproponowałem, dla podkreślenia wyciągając dłoń przed siebie. Grubą linią wyobraźni to podkreśliłem by przypadkiem nie umknęło Laurentowi. Ale ja byłem boskim przewodnikiem! - Ale nie po to siadłem by nam prawić komplementy, Lorek. Powiedz mi lepiej... To z tą Victorią miałeś te bliższe relacje...? - zapytałem z nieskrywaną ciekawością. U mnie w domu to ostatnio tylko małżeńskie pożycie, ale nie będę opowiadał o plecach jego macochy Aydai, wiedząc, że nie przepadają za sobą. A teraz jeszcze wysłałem ją na dalekie lądy, więc usychałem z braku kobiety. Puste, chłodne łóżko.