Pojawienie się Dagura w towarzystwie zawsze wywoływało rozmaite reakcje, tak było i tym razem. Jedna z kobiet, którą postanowił przywitał, wydawała się nerwowa z natury. Dotąd ludzie nie uciekali z krzykiem na jego widok, za wyjątkiem sytuacji, w których się wściekał. Gdyby ktokolwiek chciał zagrozić jego rodzinie to dopiero wtedy dowiedzieliby się, jak wielkim zagrożeniem jest wściekły półolbrzym, uzbrojony w topór i swoją różdżkę. Przekonywały się o tym również szczury, które pałętały się po terenie ich posesji. Dagur nie znosił tych małych szkodników. Na co dzień bywał względnie łagodny, choć rubaszny. Po prostu był sobą.
— Chyba się mnie pani nie boi? — Zapytał wprost spoglądając na speszoną Norę, nie wyglądając na złego ani zasmuconego, a na bardziej rozbawionego. Po nim większość tego typu rzeczy spływało niczym woda po kaczce. Przynajmniej dopóki nikt nie próbował go bezpośrednio obrazić, nie lżył po jego rodzinie. Coś takiego mogło być ostatnią rzeczą, jaką taki śmiałek zrobiłby w swoim życiu.
— Nie byłem dotąd w prowadzonej przez Panią cukierni. Skoro Panią tak zachwalają to muszę się wstąpić na chwilkę. — Przyznał z nieukrywanym zainteresowaniem, spoglądając znów na Norę. Patrząc na jego ogólne gabaryty to złożyłby tam większe zamówienie.
— Mój syn dużo o Pani opowiadał. Bardzo doceniam to, że pomogła mu Pani z tymi wszystkimi formalnościami od razu po naszym przybyciu do Anglii. Powinna Pani nas kiedyś odwiedzić. — Zagadnął do Brenny, o której naprawdę sporo nasłuchał się od swojego pierworodnego. Poruszył kwestię udziału Brenny w dopełnianiu wszystkich formalności dotyczących likantropii jego syna, jednocześnie nie podając jej występowania do publicznej wiadomości. Anglicy traktowali to jako coś negatywnego, w przeciwieństwie do niego. Nazywał syna ulfhedhnarem i było to w pełni zasłużone miano. Jego dom pozostawał zawsze otwarty dla przyjaciół jego syna i dlatego zaprosił Brennę, chcąc ją lepiej poznać.
— Moje również nie, ale nasi przodkowie opłynęli kawał świata i pod tym względem nie możemy być od nich gorsi. — Zwrócił się zaraz po swoim synu do Ginevry. W przeciwieństwie do swoich przodków, nie wyruszali w świat na wyprawy łupieżcze, tylko dla poznawania innych kultur i niesienia w świat ich własnej. Co również czynili ich przodkowie, którzy tak naprawdę nie byli żądnymi krwi barbarzyńcami.
— Tam chyba wszędzie są piramidy, synu. To jednak był Kair. Bardzo nam się tam podobało, pomimo panującego tam gorąca i wszechobecnego piasku. Przywieźliśmy trochę pamiątek z naszej wyprawy. — Nie było to dalekie od prawdy stwierdzenie, że Egipt praktycznie stał piramidami. A przynajmniej on tak sądził. Kair wydawał się najpopularniejszą destynacją. Podczas ich wycieczki zdarzało mu się czasem narzekać na to gorąco i na piasek w brodzie, choć to nie powstrzymało go przed zwiedzaniem Kairu.
Stojący w pobliżu syna i otoczony jego znajomymi, spoglądał co jakiś na widniejące na nieboskłonie słońce i księżyc. W tym samym czasie. Pojawienie się pierwszej gwiazdy sprawiło, że poczuł się... inaczej. Wypełnił go prawdziwy spokój i harmonię, jaką powinna cechować równowaga. Poczuł się jeszcze lepiej, poddając się tej błogości.
— Ja czuję, synu. Całym sobą. — Przyznał. — Mogę otworzyć beczkę Brennivín, o ile ktoś już tego nie zrobił. — Zaproponował, uznając że uroczyste otwarcie beczki to byłoby coś. Zwłaszcza, gdyby wszyscy znajomi jego syna zapragnęli spróbować pędzonej przez niego wódki.