Magia tego spotkania przecinała się dla Laurenta tylko jednym doznaniem, które nieco zepsuło światło, jakie padało na niego ze strony jej niezwykłych ocząt, za którymi krył się najprawdziwszy list. Doznaniem, w którym przez moment widział tutaj kogoś innego zamiast niej. Albo obok niej? Doznaniem, które przecięło jego umysł i posunęło myśli do tego, jak się ma, co robi i czy teraz spogląda na kogoś w ten sam sposób, w jaki Laurent spoglądał na Elaine. A jeśli tak - to czy myśl o nim również przecięła jego myśli? Spoglądał na Elaine i mógł całować fragmenty jej skóry kawałek po kawałku, ale zupełnie nowym i dziwnym odczuciem było to, że w ogóle pomyślał w jej obecności o kimkolwiek innym. Uczuciem, którego dotąd nie znał. Bo nigdy dotąd podczas, hm, nazywając rzecz po imieniu: randki, w której pragnął położyć na kimś swoje dłonie nie miał takiego doznania, by pomyśleć o kimś innym. Każdy, z kim się spotkał, był indywidualny, każdemu poświęcał indywidualnie więc uwagę i rozdzielał swoje myśli, doznania, potrzeby i oczekiwania. I nie było tutaj niczyjej winy. Bo Elaine była zachwycająca - i mówił szczerze wszystko, co jej prawił w komplementach. Nie, jeśli wina tutaj leżała... to chyba Kayden Delacour popsuł jego myśli. Wkradł się do nich jak złodziej, a Laurentowi z zaskoczeniem przyszło to odkryć, że zagarniał je dla siebie i zagarnął też jedno puknięcie serduszka w klatce piersiowej, gdy już psoty zostały nadane i Elaine się podniosła na równiutkie nóżki. Pięknie wyprezentowane w tej letniej sukieneczce. Nie, nie, to było potem... przedtem Elaine odwzajemniła ten pocałunek, czy raczej - odbiła pałeczkę i zaserwowała swój własny. Laurent prawie się roześmiał, alee śmiech został przykryty przez zdziwienie na jej słowa, jakie tutaj padły. Takie odważne, wręcz... wyzywające! Niepasujące do jej delikatnego wyglądu i jednocześnie tak pasujące do jej natury, do tego, co mu do tej pory zaprezentowała. Że lubiła zaskakiwać. O tak, na pewno lubiła.
- Jestem bardzo otwarty na propozycje. - Zapewnił apropo tego, w jaki sposób rzuciła te słowa, jakby... wyzwanie. Wyzwanie o to, czy zdoła rzeczywiście ją poprowadzić, czy może straci kontrolę. Mógł ją prowadzić. Ale nie był osobą, która by o to walczyła. Gdyby tylko chciała, potrzebowała, puściłby ją - niech biegnie, gna, tworzy figury, jakie sobie wymarzy. To on mógł dopasować się do niej. Pragnienie rywalizacji nigdy nie leżało w jego naturze, choć to, w jaki sposób nawiązywała się chemia między nimi rzeczywiście sprawiało, że to przesuwanie linii było bardzo przyjemną grą. Zabawą między nimi. Starał się ją jednak traktować z wyczuciem i tak, by Elaine naprawdę mogła się tym nacieszyć. I żeby samemu czerpać z tych doznań pełną miarą.
Ujął jej dłoń i pomógł się jej podnieść, nie pozwalając, żeby sama wstawała - nie wypadało damie i dżentelmenowi. Poprowadził ich na zielonej trawie. Bez orkiestry, bo jej nie potrzebowali - orkiestrą był im wiatr i był śpiew ptaków. Laurent był dobrym tancerzem, choć nie perfekcyjnym. Znał kroki, bo przecież oblatywał większość salonów, gdzie bale nie były czymś dziwnym, a wręcz potrafiły wypełniać jego codzienność. Tylko ostatnio niekoniecznie je odwiedzał, pochłonięty pracą i prywatnymi, towarzyskimi spotkaniami. Pochłonięty tragediami, które obszarpywały jego słodkie życie z niewinności.
Teraz to nie miało znaczenia. Tonął w oczętach tak bliskich jego i ognistych lokach tańczących wokół drobnej, roześmianej buzi Elaine.