09.10.2023, 16:35 ✶
Nie mieliśmy zielonego pojęcia, gdzie byliśmy. Pustkowie, zapyziała wieś majacząca w pobliżu i otwarte przestrzenie pól i lasów przed nami. Ona po prostu wstała i ruszyła, ciągnąc mnie za sobą. Parła do przodu zadowolona ze swych postępków, być może również dlatego że widziała mój upadek, moją obitą mordę, moją porażkę. Czyżby dzięki temu jej ulżyło? Czyżby od dawna chciała to zobaczyć? Skosztować powietrza nasączonego przegranym Rookwoodem? Nie miałem pojęcia, co skrywała jej głowa, oprócz chęci odbycia nieodpowiedzialnej podróży donikąd. Tak, potrafiłem słuchać, ale nie potrafiłem tego zrozumieć. Podróż musiała mieć swój plan, miejsce docelowe, a tam, gdzie szliśmy nie było nic, oprócz głuchej pustki przerywanej śpiewem ptaków i beczeniem owiec.
Sam z własnymi myślami również się pogubiłem. Czułem się wciąż stłuczonym paniczem, istotą z utraconą godnością, aczkolwiek dotyk Aveliny, jej dłoń w mojej dłoni, nasze dołnie splecione razem dodawały mi oparcia, otuchy i szansy na happy end, ułudnego poczucia szansy, bo przecież wiedzieliśmy kim byliśmy i jakie były nasze szanse. Ba!, sama Avelina dobitnie wszystko zarysowała, zamykając nas w kuli relacji przyjacielskiej. I dobrze, zamierzałem jej przecież za to podziękować. Przynajmniej rano miałem jeszcze takie plany, a teraz, cóż, jedynymi moimi planami było przetrwanie dnia, skoro zaraz nas miały wciągnąć bagienne utopce albo jakaś południca czy coś, może zmora nieczysta.
I choć było mi ciężko na sercu przez ten cały kretynizm, paskudną maskaradę, to się uśmiechnąłem pod wąsem do jej odpowiedzi. Nieco zjadliwej, uwłaczającej mi, ale tak pięknie nawiązującej do początków naszej znajomości. Zdaje się, że te nasze spotkania, to okazywały się być czymś najłatwiejszym w naszym życiu. Plątanina wyzwisk i pseudoprzyjaźni. Ach, wróciłoby się do czasów szkolnych, do Hogwartu, dziecięcej beztroski.
- W takim razie prowadź, bo jestem kretynem i w twoim towarzystwie to ja zaraz się zgubię - zaśmiałem się, mocniej na sekundę ściskając jej dłoń. Niech prowadzi. Cokolwiek nie zrobimy w końcu będziemy musieli obrać mój punkt myślenia by znaleźć drogę do prawdziwej rzeczywistości, czytaj - do Londynu, do Little Hangleton i naszych spraw.
Sam z własnymi myślami również się pogubiłem. Czułem się wciąż stłuczonym paniczem, istotą z utraconą godnością, aczkolwiek dotyk Aveliny, jej dłoń w mojej dłoni, nasze dołnie splecione razem dodawały mi oparcia, otuchy i szansy na happy end, ułudnego poczucia szansy, bo przecież wiedzieliśmy kim byliśmy i jakie były nasze szanse. Ba!, sama Avelina dobitnie wszystko zarysowała, zamykając nas w kuli relacji przyjacielskiej. I dobrze, zamierzałem jej przecież za to podziękować. Przynajmniej rano miałem jeszcze takie plany, a teraz, cóż, jedynymi moimi planami było przetrwanie dnia, skoro zaraz nas miały wciągnąć bagienne utopce albo jakaś południca czy coś, może zmora nieczysta.
I choć było mi ciężko na sercu przez ten cały kretynizm, paskudną maskaradę, to się uśmiechnąłem pod wąsem do jej odpowiedzi. Nieco zjadliwej, uwłaczającej mi, ale tak pięknie nawiązującej do początków naszej znajomości. Zdaje się, że te nasze spotkania, to okazywały się być czymś najłatwiejszym w naszym życiu. Plątanina wyzwisk i pseudoprzyjaźni. Ach, wróciłoby się do czasów szkolnych, do Hogwartu, dziecięcej beztroski.
- W takim razie prowadź, bo jestem kretynem i w twoim towarzystwie to ja zaraz się zgubię - zaśmiałem się, mocniej na sekundę ściskając jej dłoń. Niech prowadzi. Cokolwiek nie zrobimy w końcu będziemy musieli obrać mój punkt myślenia by znaleźć drogę do prawdziwej rzeczywistości, czytaj - do Londynu, do Little Hangleton i naszych spraw.
Koniec sesji