09.10.2023, 21:10 ✶
Można powiedzieć, że szedłem poniekąd jak na skazanie, w niewiadome, w dzicz. Niby dopisywała nam pogoda i było całkiem przyjemnie na zewnątrz, to ja, cóż, bywałem ostatnimi czasy bardziej piwniczakiem. Skończyły się czasy, kiedy beztrosko przesiadywałem na szkolnych błoniach, czytając książek i wcale nie unikając słońca. Teraz byłem poślubiony cieniom rzucanym przez ściany, kostnicowym lampom i mrokowi nocy, kiedy nie mogłem zasnąć. Teraz? Słońce raziło mnie w oczy, a zaschnięta krew na moich policzkach - miałem wrażenie - narastała coraz bardziej z każdą sekundą. Aż zacząłem ją zdrapywać, zostawiając paprochy z niej pod paznokciami. Tak źle, tak niedobrze. W końcu się poddałem.
W czas, bo dotarliśmy do miejsca poniekąd dla mnie wymarzonego, gdzie w swojej porannej wizji mógłbym siedzieć w spokoju i czytać książkę, pogadać sobie z Aveliną i odetchnąć wilgotnym powietrzem. Pewnie jak najbardziej bym to zrobił, ale nim zdążyłem chociażby wejść na podest, sprawdzając oczywiście, czy jest bezpieczny, to Avelina nie miała już na sobie ubrań. Samą bieliznę. Chyba właśnie dostawałem zapaści, kiedy mignął mi przed oczami jej tyłek. Jak niby miałem być jej przyjacielem, kiedy robiła mi takie rzeczy? Ona to tak specjalnie? Tak przypadkiem? Czy to po prostu moja aura? Cały ten pech, który mnie oblepiał w jej towarzystwie?
A mogło być normalniej... Mogliśmy siedzieć sobie na pomoście, a jedno mogło choćby leżeć na kolanach drugiego. Mogliśmy tak czysto przyjacielsko pogadać, posłuchać otoczeni, odpłynąć w krainę fantazji w milczeniu, a zamiast tego zamurowało mnie jak... kretyna?
Przetarłem twarz dłonią, bo chyba faktycznie byłem kretynem, diabelnie w niej zakochanym debilem i wciąż miałem pełno syfu na twarzy, więc wszedłem na pomost, odłożyłem torbę z kurtką w bezpieczne miejsce, pozbyłem się butów i klęknąłem na skraju by przemyć twarz i poczuć się lepiej. Musiałem przyznać, że moje odbicie w wodzie było milsze, piękniejsze aniżeli mógłbym przewidywać. Umyłem się dokładnie, mocząc również włosy wokół twarzy. Tam też trochę tego syfu się wcisnęło. Ja już wiedziałem, jaka krew potrafiła być uciążliwa. Przynajmniej o tyle dobrze, że to była moja krew. Na pewno w zdecydowanej większości.
- Masz grube dupsko, Paxton - odgryzłem się jej za te przedstawienia, kiedy tylko wynurzyła się spod wody. Spróbowałem jej nawet chlusnąć w twarz z tej perspektywy, ale i tak była cała mokra, więc chyba za bardzo to nic nie dało. Trudno. Woda była całkiem ciepła, więc dobrze, ale raczej nie tak ciepła by tak szaleńczo do niej wskakiwać.
Przysiadłem na kładce i obserwowałem ją sobie, zastanawiając się, jakby to było, gdybym teraz do niej dołączył, gdybym przytulił się do jej pleców, oparł jej pośladki o swoje uda, gdyby moje ramiona były oparciem dla jej mokrej głowy. Emanowała życiem, a ja nie mogłem z tego kielicha pić. No nie mogłem, jeśli nie chciałem jej stracić, dlatego powinienem skupić się na rzeczach, które nie będą powodowały u mnie podniecenia. Choćby tym ptasim napierdalaniu.
Aż odwróciłem głowę by namierzyć tego skurwiela, co mi tak nad głową trelał wesoło.
W czas, bo dotarliśmy do miejsca poniekąd dla mnie wymarzonego, gdzie w swojej porannej wizji mógłbym siedzieć w spokoju i czytać książkę, pogadać sobie z Aveliną i odetchnąć wilgotnym powietrzem. Pewnie jak najbardziej bym to zrobił, ale nim zdążyłem chociażby wejść na podest, sprawdzając oczywiście, czy jest bezpieczny, to Avelina nie miała już na sobie ubrań. Samą bieliznę. Chyba właśnie dostawałem zapaści, kiedy mignął mi przed oczami jej tyłek. Jak niby miałem być jej przyjacielem, kiedy robiła mi takie rzeczy? Ona to tak specjalnie? Tak przypadkiem? Czy to po prostu moja aura? Cały ten pech, który mnie oblepiał w jej towarzystwie?
A mogło być normalniej... Mogliśmy siedzieć sobie na pomoście, a jedno mogło choćby leżeć na kolanach drugiego. Mogliśmy tak czysto przyjacielsko pogadać, posłuchać otoczeni, odpłynąć w krainę fantazji w milczeniu, a zamiast tego zamurowało mnie jak... kretyna?
Przetarłem twarz dłonią, bo chyba faktycznie byłem kretynem, diabelnie w niej zakochanym debilem i wciąż miałem pełno syfu na twarzy, więc wszedłem na pomost, odłożyłem torbę z kurtką w bezpieczne miejsce, pozbyłem się butów i klęknąłem na skraju by przemyć twarz i poczuć się lepiej. Musiałem przyznać, że moje odbicie w wodzie było milsze, piękniejsze aniżeli mógłbym przewidywać. Umyłem się dokładnie, mocząc również włosy wokół twarzy. Tam też trochę tego syfu się wcisnęło. Ja już wiedziałem, jaka krew potrafiła być uciążliwa. Przynajmniej o tyle dobrze, że to była moja krew. Na pewno w zdecydowanej większości.
- Masz grube dupsko, Paxton - odgryzłem się jej za te przedstawienia, kiedy tylko wynurzyła się spod wody. Spróbowałem jej nawet chlusnąć w twarz z tej perspektywy, ale i tak była cała mokra, więc chyba za bardzo to nic nie dało. Trudno. Woda była całkiem ciepła, więc dobrze, ale raczej nie tak ciepła by tak szaleńczo do niej wskakiwać.
Przysiadłem na kładce i obserwowałem ją sobie, zastanawiając się, jakby to było, gdybym teraz do niej dołączył, gdybym przytulił się do jej pleców, oparł jej pośladki o swoje uda, gdyby moje ramiona były oparciem dla jej mokrej głowy. Emanowała życiem, a ja nie mogłem z tego kielicha pić. No nie mogłem, jeśli nie chciałem jej stracić, dlatego powinienem skupić się na rzeczach, które nie będą powodowały u mnie podniecenia. Choćby tym ptasim napierdalaniu.
Aż odwróciłem głowę by namierzyć tego skurwiela, co mi tak nad głową trelał wesoło.