Języki słońca weszły w miłą korespondencję z puklami brązowawych włosów, otulając całą sylwetkę przyjemnym całunem światłości. Przez ten jeden, ulotny moment, wyglądała nieomal magicznie, niejasno rozbłysnęła promieniami, które swoje odbicie znalazły także w piwnej toni tęczówek. Usta nie drgnęły jednak cieniem uśmiechu, a gdy niewydatny kłąb chmury przemieścił się po błękicie nieboskłonu – cała ta szaleńczo ulotna, jedna milionowa wszechświata, znikła bezpowrotnie. Obojętność zamarła na jej obliczu – zupełnie jakby zeń nigdy nie zeszła, a odsunąwszy się od Rookwooda na odległość bardziej przystającą kontaktom u źródła pracowniczego, raz jeszcze zaciągnęła się papierosem, otulając wargami jego filtr.
Rozejrzała się – nie żeby ją interesowało w jakiejkolwiek mierze to, czy padli ofiarą nieprzychylnych spojrzeń. Bardziej wlepiła skupiony wzrok w nieokreślone, tak jakby na ulotne sekundy ktoś ją zresetował. Z chwilowego marazmu wyciągnęły ją jego słowa, które przecięły przestrzeń.
– Nie, nie fascynuję się – odparła. – Nie myślałam, że będę musiała ci przybliżyć definicję żartu – rzekła głosem tak głęboko stoickim, jakby istotnie sama była martwa – na pewno bardziej aniżeli klienci trafiający na koronerski stół.
Niedopałek papierosa rozbił się o kostkę brukową, po czym zgasł pod niewysokim obcasem Lycoris.
– Uwielbiam wręcz – odparła, a jej ton głosu rozbił się o solidną fasadę utkaną z niebotycznego chłodu. – I pomyśleć, że tak śmiesznym gówniarzem byłeś w Hogwarcie – dodała, podkreślając trzyletnią różnicę wieku, która ich podzieliła.
Lycoris nie była panną na wydaniu; Lycoris była zwichniętą do reszty, unikającą gwałtownie ślubu panną, która bardziej aniżeli ludzi, ceniła sobie zwłoki zamknięte w szufladach w prosektorium. Ciężka dłoń matki wisiała nad nią nieubłagalnie, a dyrdymały o jej rychłym zamążpójściu przepełniały każde spotkanie. Chyba nie muszę mówić, że Lycoris bardzo unikała spotkań ze swoją matką?
Wyciągnęła z papierośnicy kolejnego papierosa, który prędko zajął się ognistym oczkiem, żarząc pomimo słonecznej uwertury, którą postanowiła przybrać tego dnia siła natury.
– Aż dziwne, że jeszcze nie usłyszałeś tej jakże zabawnej anegdoty, jakoby mój uśmiech zamieniał w kamień. Dbam o twoje dobro tym samym – odparła miękko.