Czy brał na swoje ramiona za dużo na raz... mógłby się nad tym zastanowić. A w końcu dotrze do wniosku, że tak. Że to było za dużo. O tyle za dużo, żeby poszukać kogoś, kto mu z tym wszystkim pomoże, bo doba nie chciała się magicznie wydłużyć, snu też w tym wszystkim było za mało, a napięć i nerwów za dużo. Laurent nie chciał się mieszać w wielki świat. Nie chciał nigdy walki z systemem i nie chciał brać udziału w okrucieństwach Śmierciożerców. Chciał dla siebie całkowicie spokojnego życia na tym krańcu świata, który ograniczał się do angielskich granic. Wyspa otoczona morzami, oddzielona od reszty. Wydawało mu się to planem idealnym - ta ucieczka i stworzenie czegoś swojego, żeby nie był również zależny od rodziny. Jego ojciec był dumny z jego osiągnięć, bo było na co patrzeć, nie miał nad sobą rodzica z kompleksem impulsywnej konieczności kontroli, która nakazywała dyktować każdy jego krok. Tak jak Victoria. Choć to też nie do końca tak. Edward w końcu też miał manię kontroli. Wszystko musiało być po jego myśli, albo jechał po psychice człowieka. Droga, jaką przeszedł do tego punktu była okrutna. Po prostu okrutna. Nie potrafiłby powiedzieć, czy było warto płacić tę cenę.
Pokiwał głową na opowieść o Patricku. Takie odebrał właśnie wrażenie - Victoria prawie nie mówiła o tym, żeby się z kimś przyjaźniła z biura aurorów. Owszem, znała swoich współpracowników, ale to tyle. Wrażenie, że za bardzo się odsuwała od ludzi wokół siebie. Celowo, niecelowo? Po coś uczyła się oklumencji, zdawała sobie przecież sprawę, że potrafiło to budować ścianę między nią a ludźmi. Robiła samej sobie krzywdę, bo przecież nie można tak robić i mówić "jakby ktoś chciał to by się przebił". Nie. Ale Laurent nie krytykował tego, natomiast martwił się o to, że Victoria potrzebowała towarzystwa tak samo jak on - jak oddychania. Rozmów, miłych gestów i miłych słów. Poczucia, że coś cię z kimś łączy, bo to dawało siłę, żeby iść dalej, nawet jeśli wziąłeś na siebie odrobinę za dużo.
- Zobaczymy. - Uśmiechnął się do Victorii. - Mam nadzieję, że się to rozłoży na osoby, które będą skłonne nam pomóc. - Zawalczyć o to lepsze jutro, jakie sobie wymarzyli na dzień dzisiejszy i o którym sobie opowiedzieli. - To nie jest łatwy temat. - Bo nawet gdyby prawo nie tworzyło z nekromancji tematu trudnego, to mówili tutaj o zagadnieniach mieszających w życiu i śmierci. Samo to kwalifikowało to jako "niełatwe".
Nie odpowiedział już na jej następne słowa. Nie było sensu. Już Brennie to napisał: jeśli nikt w niego nie wierzył, zostawało mu uwierzenie w siebie samego. Ale nie chciał tego powtarzać tu i teraz na głos, bo pewnie by ją to tylko bardziej zdenerwowało, więc jedynie uśmiechnął się przepraszająco. Co się zaś działo w biurze aurorów dla niego było tajemnicą, nawet mimo tego, że miał Atreusa "pod ręką". To prawda, że to było w zasadzie dziwne, bardzo grubymi nićmi szyte - ta sprawa z Derwinem.
- Najwyraźniej Brenna miała coś do ukrycia. - Coś na tyle poważnego, żeby trzymać to w tajemnicy przed Victorią. Laurent nie mógł powiedzieć, że nie ufał Brennie - ufał jej. Ale też nie byli ze sobą tak blisko, żeby mówić o prawdziwym zaufaniu, takim jakim on darzył chociażby Victorię. Spoglądał na Fuego, który ognistymi piórami przecinał powietrze, śpiewając im pięknie. - Może więc naprawdę powinnaś z nią porozmawiać, albo zaufać, że potrzebuje więcej czasu, by o niektórych sprawach mówić. - Bo gdyby Victoria o czymś nie chciała mu powiedzieć - zrozumiałby to. Niektóre rzeczy były zbyt ciężkie do wypowiedzenia. Inne powinny wręcz pozostać sekretami. Aż w końcu niektóre sekrety łączyły tylko niektórych ludzi i takimi powinny pozostać. - Poznaj proszę Fuego. Chociaż ja go czasami nazywam Kurczakiem. - Uśmiechnął się w kierunku Victorii, a feniks zleciał w końcu do nich i jakby okazując swoje niezadowolenie na tego "kurczaka" złapał pazurami kilka włosów Laurenta - zaczepiając go, a nie robiąc jakąkolwiek krzywdę. - Hej! To twoja wina, że siedzisz ciągle na grzędzie! - Zwrócił się do ptaka, który zrobił kolejne kółko i wylądował na stojaku przy ławce, spoglądając na nich mądrymi, czarnymi ślepiami. Ze szczególnym zainteresowaniem przyglądał się Victorii. - Pomyślałem, że w ogniu tych wszystkich wydarzeń będzie ci miło spotkać kogoś wyjątkowego. - I tym "kimś" oczywiście był Fuego w całym swoim majestacie. - Uratowałem go kiedyś, gdy Śmierciożercy zniszczyli hodowlę. Chyba chcieli go dostać w swoje ręce... na szczęście nic mu się nie stało. Próbowałem mu znaleźć jego dom, ale... jak widzisz - jest tutaj. I moim największym osiągnięciem było wywiezienie go w okolice Kniei Godryka, potem zniknął i wrócił do swojego gniazda. - Przeniósł znów spojrzenie z feniksa na Victorię. - Chciałem, żeby pomógł mi z widmami, ale wiedział lepiej, że to nie jest dobry pomysł. Widzisz... nie zrobiłbym takiego odważnego kroku w stronę widm, gdyby nie było tam ciebie i Brenny. Chciałem tylko sprawdzić okolicę, nawet nie planowałem wchodzić zbyt głęboko w Knieję. - Właściwie miała rację, że nie powinien nazywać tego pracą, że to było "hobby". Ale nie bardzo czuł, żeby to było hobbystyczne. Hobbystycznie przesiadywał tutaj z Fuego i próbował go namawiać na spacery. Hobbystycznie jeździł konno i obstawiał wyścigi. Czytał książki, albo szedł do teatru. Albo jechał do Indii, żeby zobaczyć feniksa lub do Ameryki, żeby zobaczyć gromoptaka. To nie była przyjemność - oglądania różnych stworzeń w jeszcze bardziej różnych stanach, które potrzebowały pomocy.