11.11.2022, 03:48 ✶
- O widzisz i tak właśnie powinnaś żyć. Bez ograniczeń, nie przejmując się niczym, siedząc w schowku z przystojnymi uzdrowicielami. Ba! Jestem ostatnią osobą, która by cię w tych kwestiach rozliczała, więc powiem tak - możesz tam siedzieć nawet z praktykantami lub pacjentami. Baw się dobrze, a ja tym czasem... rozumiesz.. No przesuń żeż się... Uff... - Florence, sprawa oczywista, się nie przesunęła. Nawet w sumie nie musiała podejmować się tego, albo próbować go zablokować, bo gdy tylko nieco naprężył mięśnie by zsunąć się z kozetki, to ból wycisnął mu z płuc powietrze i powiedział, żeby może łaskawie usiadł z powrotem na dupsku. A on, o zgrozo, posłuchał. Spojrzenie i mina kazały jednak sugerować, że niedoczekanie żeby ten stan posłuszeństwa trwał dłużej jak pięć minut i kiedy tylko fala dyskomfortu odejdzie w zapomnienie, to on podejmie tę próbę znowu. A potem znowu i znowu, bo jak to zdążyła stwierdzić za pomocą medycznej wiedzy i jasnowidztwa jego siostra - był kompletnym osłem.
- Ej, ej ej ej ej, nie myśl że nie wiem co robisz - pogroził jej palcem, marszcząc groźnie brwi, chociaż oczywiście, na niezadowolonych gestach dłoni musiał poprzestać - Znam tę minę. Wypad z mojej głowy. A kysz - odwrócił twarz, jakby ten drobny ruch miał pomóc mu wypchnąć ją z jego przyszłości, albo odsunąć ją nieco dalej. Oczywiście, to absolutnie nie działało w tę stronę, a on był tego nad wyraz świadom. Nie przeszkadzało mu to jednak w prawieniu dyrdymałów.
- Słuchaj, znasz mnie, uwielbiam swąd klątwy o poranku, więc poszedłem sobie na spacer. Byłem właśnie na Nokturnie, kiedy dostałem cegłówką, która okazała się świstoklikiem, który przeniósł mnie w sam środek marszu - zmarszczył brwi, jakby zniesmaczony całą tą sytuacją. Jakby faktycznie ktoś ośmielił się deportować go bez pytania od spraw, którymi się zajmował. - Oczywiście, że wezwano nas to tłumienia zamieszek. Czasem na prawdę zastanawiam się, jak zdałaś egzaminy, bez urazy oczywiście. Pół departamentu tam wysłali, bo niektórzy zaczęli bawić się zbyt dobrze. Niech ich cholera wszystkich - ostatnie słowa wyrzucił pod nosem, wyraźnie niezadowolony. Ba, wściekły zwyczajnie. Jakby marsz nie mógł się odbyć bez żadnych problemów. Na prawdę, charłakami wszyscy tak mocno się przejmowali, że następnego dnia i tak nikt by o nich nie pamiętam, ale nie. Ktoś musiał uznać, że mu zależy i wyjść z kontr-transparentami, kontr-argumentami i kontr-zdrowym-rozsądkiem, który posłał klątwy w powietrze. Jemu samemu natomiast absolutnie nie zależało - charłaki interesowały go tyle, co zeszłoroczny śnieg, czyli wcale. Byli, istnieli, jako jakaś dziwna aberracja w magicznej genetyce, sprzyjająca zadawaniu sobie pytania; co było pierwsze? Czarodziej czy mugol?
- Ej, ej ej ej ej, nie myśl że nie wiem co robisz - pogroził jej palcem, marszcząc groźnie brwi, chociaż oczywiście, na niezadowolonych gestach dłoni musiał poprzestać - Znam tę minę. Wypad z mojej głowy. A kysz - odwrócił twarz, jakby ten drobny ruch miał pomóc mu wypchnąć ją z jego przyszłości, albo odsunąć ją nieco dalej. Oczywiście, to absolutnie nie działało w tę stronę, a on był tego nad wyraz świadom. Nie przeszkadzało mu to jednak w prawieniu dyrdymałów.
- Słuchaj, znasz mnie, uwielbiam swąd klątwy o poranku, więc poszedłem sobie na spacer. Byłem właśnie na Nokturnie, kiedy dostałem cegłówką, która okazała się świstoklikiem, który przeniósł mnie w sam środek marszu - zmarszczył brwi, jakby zniesmaczony całą tą sytuacją. Jakby faktycznie ktoś ośmielił się deportować go bez pytania od spraw, którymi się zajmował. - Oczywiście, że wezwano nas to tłumienia zamieszek. Czasem na prawdę zastanawiam się, jak zdałaś egzaminy, bez urazy oczywiście. Pół departamentu tam wysłali, bo niektórzy zaczęli bawić się zbyt dobrze. Niech ich cholera wszystkich - ostatnie słowa wyrzucił pod nosem, wyraźnie niezadowolony. Ba, wściekły zwyczajnie. Jakby marsz nie mógł się odbyć bez żadnych problemów. Na prawdę, charłakami wszyscy tak mocno się przejmowali, że następnego dnia i tak nikt by o nich nie pamiętam, ale nie. Ktoś musiał uznać, że mu zależy i wyjść z kontr-transparentami, kontr-argumentami i kontr-zdrowym-rozsądkiem, który posłał klątwy w powietrze. Jemu samemu natomiast absolutnie nie zależało - charłaki interesowały go tyle, co zeszłoroczny śnieg, czyli wcale. Byli, istnieli, jako jakaś dziwna aberracja w magicznej genetyce, sprzyjająca zadawaniu sobie pytania; co było pierwsze? Czarodziej czy mugol?