Pod tym względem Ginny miała prościej: to nie były jej pierwsze wykopaliska, a poza tym z Cathalem, Letą, Jamilem i Nell miała już okazję pracować. Głównie to dlatego tutaj przyjechała – bo znała część ekipy, znali jej możliwości i Cathal nadal chciał współpracować. Poza tym nie było problemu z językiem, a drugi medyk zawsze był pomocny, tym bardziej, że miała też inne atuty. Potrzebowała jednak zamknąć pewne sprawy w Egipcie, by spokojnie móc się przeprowadzić tutaj: a planowała przeprowadzkę na dłużej, bo to na wyspach Wielkiej Brytanii były rzeczy, które najbardziej ją interesowały. To nie była więc kwestia spakowania się i wyjechania z dnia na dzień.
– Tak mi się właśnie wydawało, że nie masz typowo angielskiej urody – angielki nie były tak śliczne. To znaczy jako ogół, bo oczywiste, że czasem się jakaś trafiła, ale najczęściej z domieszką krwi innego narodu. Angielki z dziada pradziada… cóż… –Dobra kawa to podstawa. Nie rozumiem dlaczego w kawiarniach podają ją z mlekiem i cukrem. Przecież to nie ma sensu – poskarżyła się, ale to nie miało być narzekanie dla narzekania, a dla nawiązania rozmowy z nowo poznaną dziewczyną. Ot od słowa do słowa. – Czyli twoi dziadkowie też nie są stąd? – upewniła się i uśmiechnęła. – Ja przywiozłam sobie zapas kawy z Egiptu, bo już wiedziałam, że to co mają tutaj to się nie nadaje. Jak będziesz miała ochotę to zapraszam na kawę – miała wrażenie, że znalazła tutaj bratnią duszę jeśli chodzi o zamiłowanie do kawy, a skoro tak… to mogły w ten sposób sobie wyrobić pewien rytuał. Raz kawa od jednej, raz kawa od drugiej… Zrozumiała aluzję Pandory i też usiadła na poduszce, chociaż zaraz wyciągnęła różdżkę, żeby przywołać do siebie kubek kawy i talerzyk.
– Oczywiście – uśmiechnęła się, bo naprawdę to lubiła, to znaczy wróżenie. – Nie wszyscy tutaj poważnie podchodzą do tak delikatnej i mistycznej sztuki jaką są wróżby, ale przynajmniej nie podważają moich kompetencji – a po wczoraj… Może nawet odrobinę przekonała Cathala do tego, że to nie są żadne wyssane z palca bajeczki. Ginevra nie była żadnym szarlatanem, który mówi byle co przy wróżeniu; naprawdę zaglądała w strony, jakie chciała pokazać jej magia. – Ale powróżę ci z chęcią i kiedy tylko będziesz chciała – wyjaśniła i uśmiechnęła się ciepło do dziewczyny. – Nie przeszkadzają mi pytania. Nie ma nic złego w ciekawości – puściła do niej oko. – Moja matka zachęcała mnie do astronomii, żebym była biegła w stawianiu horoskopów, ale jakoś nigdy mnie nie ciągnęło. Wolałam liczby – drogi życia i inne tego typu… Duża część jej życia kręciła się wokół wróżb i przepowiedni. – Magiczne stworzenia… Przydatne. Zresztą tak jak mechanizmy – pochwaliła. Było tutaj zbiorowisko indywiduów, a wielu z nich parało się dziedzinami pozornie tak odległymi… Ale to grało.
– Nie jest trudna, ale jest dla wielu nużąca. Miałam może trochę łatwiej, załatwiłam się na indywidualny kurs w Uagadou, więc mogłam uczyć się tych rzeczy, które rzeczywiście mnie interesowały i były mi potrzebne. Ale dziękuję – a dzięki temu później łatwiej było jej zapisać się też na kursy uzupełniające po szkole i poszerzać wiedzę. Prościej było też je sfinansować. Jej rodzina nie była może obrzydliwie bogata, ale zarabiali też wystarczająco by wspomóc córkę w jej zainteresowaniach, a że od dziecka wiedziała, co chciałaby robić w przyszłości i nie zmieniło się to, to było nieco prościej. – Cal też jest historykiem. Nie słuchaj jego marudzenia, często psioczy pod nosem na różne rzeczy – uśmiechnęła się krótko, bo zaraz ten uśmiech skryła pod kubkiem.