10.10.2023, 20:54 ✶
To, że byłem oczarowany osobą Elaine, to mało powiedziane. Ona gwiazdy miała w oczach zaklęte, a życia tyle, że mogłaby optymizmem ożywić setki hektarów cmentarzy. Intrygowały mnie niezmiernie osoby o takiej energii, podobnym zapale, duchu artysty. Niezrażona, uśmiechnięta, niewinna. I jeszcze ta jej prozaiczna odpowiedź o myciu włosów... Zaśmiałbym się, ale to było zbyt urocze, zbyt piękne, zbyt proste. Wyjątkowe, po prostu, w swej codzienności, powtarzalności, zwykłości. Aczkolwiek miałem też teorię, że musiały się dziać tu jakieś czary. Może bardziej nieświadome niż świadome.
Z zaszczytem ująłem ją pod ramię i z dumą ruszyłem wraz z nią przez cyrk. Niczym ten pan i władca, choć nie byłem na swym terenie. Niczym ojciec i dziadek, mimo że nie byliśmy spokrewnieni. Niczym mąż i kochanek, co mogło być tylko dalekim marzeniem. Poklepałem, a może bardziej pogłaskałem dłoń dziewczęcia wolną dłonią, rozkoszując się jej ciepłem i młodzieńczą gładkością. Gwoli ścisłości, nie parzyła niczym promienie słoneczne.
Choć jej przydomowe meble były niezwykle skromne, niezrażony przysiadłem na jednym z krzeseł, rozpinając guziki swej marynarki. Przyjemnie, że miała również parasol, to można było schować głowę przed słońcem, nieco odciążyć oczy i pozwolić sobie na odrobinę ochłody. Pogoda trafiła nam przyjemna jak na angielskie lato, więc trzeba było korzystać, ale to bez przesady.
- Z chęcią napiję się lemoniady... Jeśli masz, to z miętą poproszę - odparłem z uśmiechem, rozglądając się wokół z ciekawością. Właśnie takie widoki na co dzień miała Elaine. Nieco smutno biedne, nieco ciepło domowe. Najważniejsze, że była tu szczęśliwa i się spełniała, bo gorzej gdyby się nad nią znęcali i zmuszali ją do tych wszystkich występów. Różni byli ludzie, więc radowałem się, że nie zastałem jej w gorszym stanie, a za to w jakże rozkwitającym. Od razu widać było, że niczego jej w życiu nie brakuje, że nie straciła entuzjazmu, iskry życia.
- Dostosuję się do twoich preferencji, moja droga. Możemy posiedzieć, możemy się przejść... Wyglądasz pięknie w tej sukience - odparłem, tak się jej przyglądając. Podziękowałem za lemoniadę i z chęcią zamoczyłem w niej usta. Może trochę zbyt ufnie, ale kto szykowałby zamachy na moje własne życie w przypadkowym miejscu, w którym miałem okazji się pojawić. Szczególnie, biorąc poprawkę na to, że nie przypominałem sobie bym miał tu jakichś wróg. Prędzej przyjaciół.
- Wyśmienita - odparłem, pozwalając sobie na wyciągnięcie nieco nóg, ich rozprostowanie. Może poza nieelegancka dla dżentelmena, ale za to jakże wygodna, szczególnie na tych krzesłach. Aż się zamarzyły mi tu głowie wizje wakacji. Może powinienem zabrać się na jakieś z rodzinką. Plaża, woda, jakieś morskie pojedynki. Lorek to by pewnie skosił konkurencję jednym skinieniem palca.
- Masz piękny dom, Elaine - zauważyłem, zachwaliłem. - Sama sadziłaś kwiatki? - zapytałem z ciekawością. - Ja mam znacznie większy ogród, przyznam szczerze. Pracuje przy nim wiosną i latem co najmniej sześć skrzatów i specjalny artysta, wizjoner... Ogrodnik z powołania - przyznałem szczerze, bo ja gównie takie osoby zbierałem wokół siebie. Nigdy nic po najniższej linii oporu, tylko na całego.
- Nie skłamię, mówiąc, że mój ogród to dla niego wizytówka - zaśmiałem się, sącząc zaraz lemoniadę w najlepsze.
Z zaszczytem ująłem ją pod ramię i z dumą ruszyłem wraz z nią przez cyrk. Niczym ten pan i władca, choć nie byłem na swym terenie. Niczym ojciec i dziadek, mimo że nie byliśmy spokrewnieni. Niczym mąż i kochanek, co mogło być tylko dalekim marzeniem. Poklepałem, a może bardziej pogłaskałem dłoń dziewczęcia wolną dłonią, rozkoszując się jej ciepłem i młodzieńczą gładkością. Gwoli ścisłości, nie parzyła niczym promienie słoneczne.
Choć jej przydomowe meble były niezwykle skromne, niezrażony przysiadłem na jednym z krzeseł, rozpinając guziki swej marynarki. Przyjemnie, że miała również parasol, to można było schować głowę przed słońcem, nieco odciążyć oczy i pozwolić sobie na odrobinę ochłody. Pogoda trafiła nam przyjemna jak na angielskie lato, więc trzeba było korzystać, ale to bez przesady.
- Z chęcią napiję się lemoniady... Jeśli masz, to z miętą poproszę - odparłem z uśmiechem, rozglądając się wokół z ciekawością. Właśnie takie widoki na co dzień miała Elaine. Nieco smutno biedne, nieco ciepło domowe. Najważniejsze, że była tu szczęśliwa i się spełniała, bo gorzej gdyby się nad nią znęcali i zmuszali ją do tych wszystkich występów. Różni byli ludzie, więc radowałem się, że nie zastałem jej w gorszym stanie, a za to w jakże rozkwitającym. Od razu widać było, że niczego jej w życiu nie brakuje, że nie straciła entuzjazmu, iskry życia.
- Dostosuję się do twoich preferencji, moja droga. Możemy posiedzieć, możemy się przejść... Wyglądasz pięknie w tej sukience - odparłem, tak się jej przyglądając. Podziękowałem za lemoniadę i z chęcią zamoczyłem w niej usta. Może trochę zbyt ufnie, ale kto szykowałby zamachy na moje własne życie w przypadkowym miejscu, w którym miałem okazji się pojawić. Szczególnie, biorąc poprawkę na to, że nie przypominałem sobie bym miał tu jakichś wróg. Prędzej przyjaciół.
- Wyśmienita - odparłem, pozwalając sobie na wyciągnięcie nieco nóg, ich rozprostowanie. Może poza nieelegancka dla dżentelmena, ale za to jakże wygodna, szczególnie na tych krzesłach. Aż się zamarzyły mi tu głowie wizje wakacji. Może powinienem zabrać się na jakieś z rodzinką. Plaża, woda, jakieś morskie pojedynki. Lorek to by pewnie skosił konkurencję jednym skinieniem palca.
- Masz piękny dom, Elaine - zauważyłem, zachwaliłem. - Sama sadziłaś kwiatki? - zapytałem z ciekawością. - Ja mam znacznie większy ogród, przyznam szczerze. Pracuje przy nim wiosną i latem co najmniej sześć skrzatów i specjalny artysta, wizjoner... Ogrodnik z powołania - przyznałem szczerze, bo ja gównie takie osoby zbierałem wokół siebie. Nigdy nic po najniższej linii oporu, tylko na całego.
- Nie skłamię, mówiąc, że mój ogród to dla niego wizytówka - zaśmiałem się, sącząc zaraz lemoniadę w najlepsze.