10.10.2023, 21:41 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.02.2025, 11:42 przez Lorraine Malfoy.)
Kiedy Lorraine dziś rano przypadkiem rozlała olej arganowy – którego to używała namiętnie i w dużych ilościach do pielęgnacji swoich długich srebrzystoblond włosów, zawsze ułożonych przed zajęciami w proste, acz efektowne fryzury – wiedziała, że zdarzy się coś strasznego.
Początkowo próbowała traktować to wyłącznie w kategorii porozumiewawczego mrugnięcia od losu: rok szkolny dobiegł końca, a ona nie zmrużyła tej nocy oka, jak zwykle zdruzgotana koniecznością powrotu do swojego prawdziwego życia, na które składały się rozwalająca się rudera w Little Hangleton (wyłącznie z braku lepszego słowa określana przez dziewczynę domem), codzienne awantury oraz humory rozpieszczonych bachorów z bardziej zamożnych rodzin czystej krwi, które to resztkami sił próbowała przyuczyć do gry na fortepianie podczas prywatnych korepetycji. Szybko poznała jednak prawdziwe znaczenie złego omenu, kiedy sowa Lorraine – wyjątkowo potulna, jakby wyczuwała zły nastrój właścicielki – dostarczyła jej pod koniec pożegnalnej uczty list od matki.
Miranda Malfoy trafiła do szpitala, trzeci raz w ciągu ostatniego półrocza, i chociaż zdążyła odzyskać przytomność po nagłym omdleniu, uzdrowiciele zdecydowali się zatrzymać ją na kilka dni w klinice, i nieco złagodzić nasilające się objawy postępującej włochatości serca…
A to znaczyło, że nie było komu odebrać Lorraine z dworca. Bo wizja ojca, Armanda Malfoya, na peronie 9 i ¾, aportującego się na torach zamiast płyty dworca (Piłeś? Nie teleportuj się!), i rozczłonkowanego przez podjeżdżający Hogwarts Express z Lorraine na pokładzie (bo taką interpretację rozlanego oleju podawał w swoim dziele „Mistrz i Wiedźma” XIX-wieczny wróżbita Bułhakow) była niestety przyjemna tylko przez krótką chwilę.
Wściekłość szybko zastąpił wstyd. Dojazd do Little Hangleton był koszmarny, i zwyczajnie nie starczyłoby jej pieniędzy na tę podróż. Malfoy musiała napisać list do ciotki z prośbą o nocleg – że niby przypadkiem jest w Londynie, i chętnie pomoże jej w tej corocznej zbiórce charytatywnej! – a wcześniej wysupłać parę knutów na jakiś malutki pokój u obleśnych znajomych ojczulka z Nokturnu, póki ciotka nie odpisze.
Niełatwo było znaleźć wolny przedział w zatłoczonym pociągu, dlatego kiedy natrafiła na mniej wypełniony wagon, odetchnęła z ulgą, i chwyciła za klamkę, gotowa wyrzucić każdego gówniarza, który okupowałby jej potencjalną enklawę samotności…
Anthony Borgin. Zacisnęła zęby, aż drgnęła jej szczęka, ale szybko opanowała irytację. Sam?
– Gdzie zgubiłeś swoją obstawę? – rzuciła bezceremonialnie zamiast powitania; w końcu jeszcze przed kilkoma godzinami wymienili się spojrzeniami nad półmiskiem wyjątkowo obrzydliwej zapiekanki przy stole wspólnym Slytherinu!, zupełnie nie kwapiąc się, by odpowiedzieć na pytanie chłopaka. Choć nastroje Lorraine były bardziej kapryśne niż angielska pogoda, w jej słowach nie dało się wyczuć jadu czy niechęci – ot, taka była jej przewrotna natura, że była przesadnie uszczypliwa bez względu na okoliczności.
– Czyżby wasze rozdmuchane ego nie zmieściły się w jednym przedziale?
Nie żywiła żadnych negatywnych uczuć również wobec skupionej wokół chłopaka grupki ślizgonów, którzy brylowali w Hogwarcie tak samo jak i ona z Lorettą, jednak potrzebowała chwili spokoju, po tym jak ostatnie pół godziny spędziła płacząc w łazience, i czekając, aż jej twarz odzyska normalny koloryt. Mogła przeżyć obecność Borgina, który był jednym z mniej irytujących wychowanków Slytherinu, a łączące ich relacje można było określić mianem… Poprawnych? No i był niegłupi – wcześniej faktycznie trzymała się u boku Loretty, która to – choć nie została wtajemniczona w treść wspomnianego listu – doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że coś jest nie tak. Lestrange znała ją zbyt dobrze; na tyle dobrze, że nie spytała o nic bezpośrednio, mając na względzie chorobliwą dumę Lorraine. Chociaż przed innymi ludźmi prezentowały zjednoczony front, a jedna zawsze gotowa była stanąć za tą drugą murem, oczywiście, zdarzało im się kłócić – były do siebie zbyt podobne, a jednocześnie tak różne i zafiksowane na dzielących je szczegółach – obie jednak nabrały pewnego doświadczenia w nawigowaniu trudnymi dla nich tematami. Malfoy wiedziała, że mogłaby poprosić przyjaciółkę o nocleg, a ta nie zadawałaby zbędnych pytań, tylko ucieszyła się z jej obecności – lecz Lorraine nie zamierzała tego robić. Nie chciała jałmużny, nie chciała czuć się zależną od innej osoby, nawet tak bliskiej, jak Lestrange’ówna, ba – im bliższa była ich relacja, tym bardziej nie chciała czuć tej dysproporcji w ich sytuacji materialnej – nie chciała o nic prosić. Dlatego rozstając się przy wejściu do pociągu, kiedy muskały z Lorettą powietrze koło swoich policzków, zdążyła jeszcze szepnąć jej na uszko, że na pewno dołączy do niej potem, a teraz potrzebuje chwili dla siebie.
Miała nadzieję, że jej oczy nie były już czerwone od płaczu, nie miała ochoty okazywać słabości przed tym wymuskanym lalusiem.
Swoją drogą, gładkolice oblicze Antoniego Borgina dziś wydawało się jakieś inne niż zwykle. Dziś… prezentował się wyjątkowo dobrze, co pozwoliła sobie mimochodem zauważyć, kiedy lekko zmrużonymi oczkami wpatrywała się w jego słodką twarzyczkę.
To znaczy, wyglądał na kompletnie zmarnowanego. A Lorraine niestety miała słabość do mężczyzn, którzy wyglądali jakby szykowali się na rendezvous z Kostuchą, było coś nieodpartego w ikarowej hubris takich zmaltretowanych życiem paniczyków!! Pod oczami chłopaka kwitły cienie, tak, że wyglądał jakby nie spał milion lat, albo – co bardziej prawdopodobne w skojarzeniu z orgiastycznymi hałasami dochodzącymi z męskiego dormitorium zeszłej nocy oraz uprzednim zamówieniem na ognistą whisky – balował do białego rana. Jego gęste kędziory w artystycznym nieładzie opadały na czoło, na którym rysowała się niewielka zmarszczka zniecierpliwienia… Przynajmniej może liczyć na niezgorsze widoki, kiedy będzie formułować list do cioci.
– Zamierzasz wykonywać dalej taniec godowy niuchacza… – kiedy Borgin oklepywał kieszenie (być może w poszukiwaniu jakichś resztek godności, bo tej – jako jeden z bananowych bachorów arystokracji – w przeciwieństwie do pieniędzy, nie posiadał wcale, tak w skromnej opinii Malfoyówny) wyglądał bowiem całkiem jak to skądinąd urocze, puchate stworzonko, które tak chętnie chomikowało kradzione świecidełka do systemu skórzanych kieszeni w torbie na brzuchu. Nie pasowały do niego przekleństwa!! – …czy będziesz na tyle wspaniałomyślny, żeby posłać mój kufer na półkę? Nie chcę zniszczyć sobie fryzury.
Różdżki użyła bowiem jako pałeczki do misternego koka z tyłu głowy – bo przecież nie mogła wyjść z łazienki zabeczana i potargana!! Jak gdyby nigdy nic zajęła miejsce naprzeciwko Anthony’ego, rzucając obok siebie podręczną torebkę. Nie zamierzała tu spędzić całej podróży, ale skoro już tu była, chciała siedzieć wygodnie, bez kufra zawadzającego pod nogami.
Początkowo próbowała traktować to wyłącznie w kategorii porozumiewawczego mrugnięcia od losu: rok szkolny dobiegł końca, a ona nie zmrużyła tej nocy oka, jak zwykle zdruzgotana koniecznością powrotu do swojego prawdziwego życia, na które składały się rozwalająca się rudera w Little Hangleton (wyłącznie z braku lepszego słowa określana przez dziewczynę domem), codzienne awantury oraz humory rozpieszczonych bachorów z bardziej zamożnych rodzin czystej krwi, które to resztkami sił próbowała przyuczyć do gry na fortepianie podczas prywatnych korepetycji. Szybko poznała jednak prawdziwe znaczenie złego omenu, kiedy sowa Lorraine – wyjątkowo potulna, jakby wyczuwała zły nastrój właścicielki – dostarczyła jej pod koniec pożegnalnej uczty list od matki.
Miranda Malfoy trafiła do szpitala, trzeci raz w ciągu ostatniego półrocza, i chociaż zdążyła odzyskać przytomność po nagłym omdleniu, uzdrowiciele zdecydowali się zatrzymać ją na kilka dni w klinice, i nieco złagodzić nasilające się objawy postępującej włochatości serca…
A to znaczyło, że nie było komu odebrać Lorraine z dworca. Bo wizja ojca, Armanda Malfoya, na peronie 9 i ¾, aportującego się na torach zamiast płyty dworca (Piłeś? Nie teleportuj się!), i rozczłonkowanego przez podjeżdżający Hogwarts Express z Lorraine na pokładzie (bo taką interpretację rozlanego oleju podawał w swoim dziele „Mistrz i Wiedźma” XIX-wieczny wróżbita Bułhakow) była niestety przyjemna tylko przez krótką chwilę.
Wściekłość szybko zastąpił wstyd. Dojazd do Little Hangleton był koszmarny, i zwyczajnie nie starczyłoby jej pieniędzy na tę podróż. Malfoy musiała napisać list do ciotki z prośbą o nocleg – że niby przypadkiem jest w Londynie, i chętnie pomoże jej w tej corocznej zbiórce charytatywnej! – a wcześniej wysupłać parę knutów na jakiś malutki pokój u obleśnych znajomych ojczulka z Nokturnu, póki ciotka nie odpisze.
Niełatwo było znaleźć wolny przedział w zatłoczonym pociągu, dlatego kiedy natrafiła na mniej wypełniony wagon, odetchnęła z ulgą, i chwyciła za klamkę, gotowa wyrzucić każdego gówniarza, który okupowałby jej potencjalną enklawę samotności…
Anthony Borgin. Zacisnęła zęby, aż drgnęła jej szczęka, ale szybko opanowała irytację. Sam?
– Gdzie zgubiłeś swoją obstawę? – rzuciła bezceremonialnie zamiast powitania; w końcu jeszcze przed kilkoma godzinami wymienili się spojrzeniami nad półmiskiem wyjątkowo obrzydliwej zapiekanki przy stole wspólnym Slytherinu!, zupełnie nie kwapiąc się, by odpowiedzieć na pytanie chłopaka. Choć nastroje Lorraine były bardziej kapryśne niż angielska pogoda, w jej słowach nie dało się wyczuć jadu czy niechęci – ot, taka była jej przewrotna natura, że była przesadnie uszczypliwa bez względu na okoliczności.
– Czyżby wasze rozdmuchane ego nie zmieściły się w jednym przedziale?
Nie żywiła żadnych negatywnych uczuć również wobec skupionej wokół chłopaka grupki ślizgonów, którzy brylowali w Hogwarcie tak samo jak i ona z Lorettą, jednak potrzebowała chwili spokoju, po tym jak ostatnie pół godziny spędziła płacząc w łazience, i czekając, aż jej twarz odzyska normalny koloryt. Mogła przeżyć obecność Borgina, który był jednym z mniej irytujących wychowanków Slytherinu, a łączące ich relacje można było określić mianem… Poprawnych? No i był niegłupi – wcześniej faktycznie trzymała się u boku Loretty, która to – choć nie została wtajemniczona w treść wspomnianego listu – doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że coś jest nie tak. Lestrange znała ją zbyt dobrze; na tyle dobrze, że nie spytała o nic bezpośrednio, mając na względzie chorobliwą dumę Lorraine. Chociaż przed innymi ludźmi prezentowały zjednoczony front, a jedna zawsze gotowa była stanąć za tą drugą murem, oczywiście, zdarzało im się kłócić – były do siebie zbyt podobne, a jednocześnie tak różne i zafiksowane na dzielących je szczegółach – obie jednak nabrały pewnego doświadczenia w nawigowaniu trudnymi dla nich tematami. Malfoy wiedziała, że mogłaby poprosić przyjaciółkę o nocleg, a ta nie zadawałaby zbędnych pytań, tylko ucieszyła się z jej obecności – lecz Lorraine nie zamierzała tego robić. Nie chciała jałmużny, nie chciała czuć się zależną od innej osoby, nawet tak bliskiej, jak Lestrange’ówna, ba – im bliższa była ich relacja, tym bardziej nie chciała czuć tej dysproporcji w ich sytuacji materialnej – nie chciała o nic prosić. Dlatego rozstając się przy wejściu do pociągu, kiedy muskały z Lorettą powietrze koło swoich policzków, zdążyła jeszcze szepnąć jej na uszko, że na pewno dołączy do niej potem, a teraz potrzebuje chwili dla siebie.
Miała nadzieję, że jej oczy nie były już czerwone od płaczu, nie miała ochoty okazywać słabości przed tym wymuskanym lalusiem.
Swoją drogą, gładkolice oblicze Antoniego Borgina dziś wydawało się jakieś inne niż zwykle. Dziś… prezentował się wyjątkowo dobrze, co pozwoliła sobie mimochodem zauważyć, kiedy lekko zmrużonymi oczkami wpatrywała się w jego słodką twarzyczkę.
To znaczy, wyglądał na kompletnie zmarnowanego. A Lorraine niestety miała słabość do mężczyzn, którzy wyglądali jakby szykowali się na rendezvous z Kostuchą, było coś nieodpartego w ikarowej hubris takich zmaltretowanych życiem paniczyków!! Pod oczami chłopaka kwitły cienie, tak, że wyglądał jakby nie spał milion lat, albo – co bardziej prawdopodobne w skojarzeniu z orgiastycznymi hałasami dochodzącymi z męskiego dormitorium zeszłej nocy oraz uprzednim zamówieniem na ognistą whisky – balował do białego rana. Jego gęste kędziory w artystycznym nieładzie opadały na czoło, na którym rysowała się niewielka zmarszczka zniecierpliwienia… Przynajmniej może liczyć na niezgorsze widoki, kiedy będzie formułować list do cioci.
– Zamierzasz wykonywać dalej taniec godowy niuchacza… – kiedy Borgin oklepywał kieszenie (być może w poszukiwaniu jakichś resztek godności, bo tej – jako jeden z bananowych bachorów arystokracji – w przeciwieństwie do pieniędzy, nie posiadał wcale, tak w skromnej opinii Malfoyówny) wyglądał bowiem całkiem jak to skądinąd urocze, puchate stworzonko, które tak chętnie chomikowało kradzione świecidełka do systemu skórzanych kieszeni w torbie na brzuchu. Nie pasowały do niego przekleństwa!! – …czy będziesz na tyle wspaniałomyślny, żeby posłać mój kufer na półkę? Nie chcę zniszczyć sobie fryzury.
Różdżki użyła bowiem jako pałeczki do misternego koka z tyłu głowy – bo przecież nie mogła wyjść z łazienki zabeczana i potargana!! Jak gdyby nigdy nic zajęła miejsce naprzeciwko Anthony’ego, rzucając obok siebie podręczną torebkę. Nie zamierzała tu spędzić całej podróży, ale skoro już tu była, chciała siedzieć wygodnie, bez kufra zawadzającego pod nogami.