10.10.2023, 22:54 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.10.2023, 23:09 przez Brenna Longbottom.)
Entuzjazm w Brennie było wzbudzić stosunkowo łatwo. Ona w ogóle była bardzo entuzjastycznie nastawiona do życia – obojętnie, czy chodziło o wycieczkę do cyrku, zabawę z kuzynostwem w sadzie czy nową książkę. Istniały jednak rzeczy, które pochłaniały ją szczególnie i na liście tych, które najbardziej lubiła, prawdopodobnie jeżeli nie pierwsze, to najmniej drugie zajmowały noże i miecze. To nie tak, że była dziewczynką, która nie lubiła lalek czy ładnych sukienek - nie miała nic przeciwko zabawie lalkami z Dani (przynajmniej do czasu, gdy poszła do Hogwartu) i założeniem sukienki od czasu do czasu.
Po prostu w ostatecznym rozrachunku sztylety zawsze wydawały się jej bardziej interesujące.
– Jest świetny. Ten twój brat to wie, co dobre – przyznała, przyjmując podany jej nóż. Chwyciła go od razu, i rzeczywiście, nie była przy tym zbyt ostrożna… a przynajmniej pozornie, bo jednak pewne zasady ojciec zdołał wpoić jej już dawno. Poruszyła ręką, jakby chciała ciąć, chociaż rzecz jasna, niczego takiego nie zrobiła. Przez moment nie odrywała zafascynowanego spojrzenia od noża, bo chociaż nie przebijał miecza Gryffindora, to był czymś n o w y m. – Przyłapałeś mnie! Tak naprawdę jestem tysiącletnią wiedźmą, której duszę zamknięto w sztylecie, ale jak ten głupi dzieciak po niego sięgnął, to ją opętałam, a zanim w tym sztylecie mnie zamknięto, to zabiłam nim sto jeden osób, więc jestem w tym naaaaprawdę dobra – oświadczyła, posyłając mu szelmowski uśmiech, kiedy stwierdził, że brzmi na tak doświadczoną z ostrzami. W kwestii tych doświadczeń… zależało, jak patrzeć. Ćwiczyła odkąd ledwo odrosła od ziemi, zapewne więc poświęciła na to dużo, dużo więcej czasu niż przeciętny dorosły. We własnej rodzinie wciąż jednak była nowicjuszem.
– Też racja, bo są takie zaklęcia, przez które one zamiast ranić zostawiają ślad farby, ale przecież mnie nie wolno czarować. Strasznie głupie – westchnęła, oddając mu nóż. A… no i pomijając, że nie wolno jej było czarować, sama wspomniała, że raz takie zaklęcie puściło i doszło do „małego” wypadku. – Hm… ale co masz na myśli? W sensie, że… no rzucasz zaklęcie znikające? Zaraz, jak bez użycia magii, to… hm… Nie wiem – zapytała, trochę z tym zagubiona, bo nie miała pojęcia, jakie sztuczki można robić, skoro można używać prawdziwej magii… Zaiste w końcu: nie znała cyrkowego żargonu. I nigdy nie widziała "mugolskiego" przedstawienia.
Oddała mu morderczo ostry nóż Flynna bez protestów, choćby dlatego, że ten akurat niezbyt nadawał się do jej ręki przy rzucaniu. Również podniosła się z miejsca i wybrała jeden z noży, który był odpowiednio wyważony do rzucania, a potem szybkim ruchem cisnęła nim ku tarczy.
Po prostu w ostatecznym rozrachunku sztylety zawsze wydawały się jej bardziej interesujące.
– Jest świetny. Ten twój brat to wie, co dobre – przyznała, przyjmując podany jej nóż. Chwyciła go od razu, i rzeczywiście, nie była przy tym zbyt ostrożna… a przynajmniej pozornie, bo jednak pewne zasady ojciec zdołał wpoić jej już dawno. Poruszyła ręką, jakby chciała ciąć, chociaż rzecz jasna, niczego takiego nie zrobiła. Przez moment nie odrywała zafascynowanego spojrzenia od noża, bo chociaż nie przebijał miecza Gryffindora, to był czymś n o w y m. – Przyłapałeś mnie! Tak naprawdę jestem tysiącletnią wiedźmą, której duszę zamknięto w sztylecie, ale jak ten głupi dzieciak po niego sięgnął, to ją opętałam, a zanim w tym sztylecie mnie zamknięto, to zabiłam nim sto jeden osób, więc jestem w tym naaaaprawdę dobra – oświadczyła, posyłając mu szelmowski uśmiech, kiedy stwierdził, że brzmi na tak doświadczoną z ostrzami. W kwestii tych doświadczeń… zależało, jak patrzeć. Ćwiczyła odkąd ledwo odrosła od ziemi, zapewne więc poświęciła na to dużo, dużo więcej czasu niż przeciętny dorosły. We własnej rodzinie wciąż jednak była nowicjuszem.
– Też racja, bo są takie zaklęcia, przez które one zamiast ranić zostawiają ślad farby, ale przecież mnie nie wolno czarować. Strasznie głupie – westchnęła, oddając mu nóż. A… no i pomijając, że nie wolno jej było czarować, sama wspomniała, że raz takie zaklęcie puściło i doszło do „małego” wypadku. – Hm… ale co masz na myśli? W sensie, że… no rzucasz zaklęcie znikające? Zaraz, jak bez użycia magii, to… hm… Nie wiem – zapytała, trochę z tym zagubiona, bo nie miała pojęcia, jakie sztuczki można robić, skoro można używać prawdziwej magii… Zaiste w końcu: nie znała cyrkowego żargonu. I nigdy nie widziała "mugolskiego" przedstawienia.
Oddała mu morderczo ostry nóż Flynna bez protestów, choćby dlatego, że ten akurat niezbyt nadawał się do jej ręki przy rzucaniu. Również podniosła się z miejsca i wybrała jeden z noży, który był odpowiednio wyważony do rzucania, a potem szybkim ruchem cisnęła nim ku tarczy.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.