„This world can hurt you
It cuts you deep and leaves a scar
Things fall apart, but nothing breaks like a heart”
♫
25 czerwca 1972, popołudnie
– Laurent & Victoria –
Było źle. Victoria miała takie uczucie, jakby żyła w symulacji. Najpierw zerwana więź i to dziwne wrażenie pustki, a potem… było tylko gorzej. Zaczynała rozumieć, że jej uczucia nie były tylko wytworem rytuału, choć były przezeń podbite – ale naprawdę należały do niej, tylko problem polegał na tym, że druga strona tego nie podzielała. Sądziła przez moment, że jemu więź nagle wróciła, że coś się pochrzaniło po łamaniu klątwy, ale nie. To był on, robiący rzeczy, które wydawało mu się, że ona chce (bo chciała), ale nie odczuwający tego samego. To bolało. Nie był to koniec świata, ale bolało – mieć za narzeczonego kogoś, do kogo odkrywasz, ze masz uczucia, ale nieodwzajemniane, doskonale zdając sobie sprawę, że przyszłość u jego boku będzie zwyczajnie trudna. I wiedziała, że da się to odkręcić, dać mu życie, które ktoś mu odebrał… choć chyba nie chciał. A potem zobaczyć kolejne wspomnienie, które łamało serce na kawałki – bo masz odpowiedź na pytania, które zadaje sobie mnóstwo alchemików, trzymać tajemnice życia i śmierci w głowie i wiedzieć, co robiła twoja własna babka. Kolia z kamieni filozofów. Na Merlina… I później dowiedzieć się, ze twój narzeczony jest Śmierciożercą. Bo go zmusili. Ale ma znak. Że robił naprawdę okropne rzeczy jak każdy z nich. Usłyszeć propozycję zabicia jej matki, wstęp do tego, że coś sobie zrobi bo ma „pozwolić mu odejść”. Już wszystko to bolało jak diabli, ściskało serce, ale nie miała tego nawet kiedy przetrawić, bo trafili na ten przeklęty statek… i nastała ta cisza. Cisza przed burzą jak się okazało – bo poprzedniego dnia prawie nie spała, wyciągnięta z łóżka w środku nocy. Rodzina Sauriela też miała złe przeczucia, tak samo jak ona… A znalezienie go na tej ławce w parku o świcie… To złamało jej serce na kawałki. Wczoraj, gdy wieczorem wróciła do domu, była w rozsypce. Ręce jej się trzęsły gdy pisała list. Victoria rzadko prosiła o pomoc i nie wiedziała jak to napisać, co ma powiedzieć… Wyszło więc koślawo. A naprawdę, naprawdę potrzebowała pomocy.
Tej nocy też mało spała, ciągle myślała. Całe szczęście, że była niedziela i nie miała akurat dyżuru w pracy, wiec gdy tylko sowa przyniosła jej odpowiedź od Laurenta – napisała do niego. I ogarnęła się na tyle, by nie wyglądać jak straszydło, oczy pomalowała tylko na tyle, by ukryć cienie i nieco zamaskować zaczerwienienie, ale to był bardzo lekki makijaż. Włosy też miała tylko przeczesane, nie były splecione, ani jakoś konkretnie ułożone. W ciemnych spodniach materiałowych i wsuniętych w nie kremowej koszuli z długim rękawem. Właśnie tak znalazła się w New Forest i pukała do drzwi domu Laurenta. Z okularami przeciwsłonecznymi na nosie. Nie dlatego, że słońce ją raziło czy coś, po prostu chciała sobie oszczędzić pytających spojrzeń innych przypadkowo napotkanych po drodze ludzi, bo jednak oczy miała zaczerwienione i zmęczone.
– Hej – wychrypiała na wstępie i była gotowa bez słowa po prostu rzucić się mężczyźnie na szyję. Potrzebowała tego. Bardzo.