Działania Brenny były skuteczne, bo maszyna coraz bardziej słuchała właśnie jej i to dzięki temu bezpiecznie wylądowali na drzewie, a nie w jakimś jeziorze. Może powinna wyskoczyć, ale bała się, że traktor wjedzie w jakiegoś dzieciaka, który by zabłądził w sadzie lub jakieś zwierzęta dziadków.
Avelinę ogarniało poczucie winy, że naraziła na szwank zdrowie swoich przyjaciół. Mieli się tu zrelaksować, odpocząć od tych wszystkich akcji z Londynu. Mieli po prostu zaczerpnąć świeżego powietrza i zwolnić bez strachu, stresu o życie. Brenna miała nabrać sił i wyzdrowieć, a zamiast tego została bardziej poturbowana. Zżerało ją to od środka i ledwo powstrzymała się od płaczu, aby jeszcze bardziej nikogo nie martwić. Co ona sobie myślała? Lepiej było, gdy nie wychodziła z apteki, gdy siedziała tam i robiła swoją monotonną, nudną pracę z dala od przyjaciół i rodziny. Wszystko psuła.
Wysiadła z maszyny, czuła lekkie zawroty głowy, ale ogólnie była stabilna. Podeszła do Brenny i Erika, aby obejrzeć ich stan zdrowia.
– Mam ze sobą eliksir wiggenowy, nie macie żadnych ran, jesteście na pewno cali? Ja przepraszam, nie spodziewałam się… – popatrzyła na traktor w zastanowieniu. – Nie, nie powinno. Ktoś w tym maczał palce. Hamulec powinien zadziałać, a druga sprawa urządzenia mugoli nie działają same, potrzebują kogoś, kto będzie tym manewrować – wyjaśniła.
Rozejrzała się dookoła jakby szukając jakiegoś intruza, który mógłby grzebać przy maszynie i dostrzegła tylko swojego kuzyna. Zmarszczyła brwi, ale nie była pewna.
– Młody! – krzyknęła za nim, a chłopiec przybiegł natychmiast.
– Mogę jechać teraz z wami? – zapytał patrząc na nich wyczekująco.