11.10.2023, 13:06 ✶
Szklanka była zawsze pełna do połowy, nie pusta, a więc dopóki nie zaatakuje ich Kraken, a delikatny Prewett nie zwariował ze strachu, mogli ze Staśkiem przynajmniej próbować go chronić. Wiedział, że nie mają czasu już na gdybanie i zastanawianie się godzinami, jak poradzić sobie z tym, na co trafili. Miał wrażenie, że statek wysyłał energie i życie szybciej, niż powinien, chociaż to podpowiadała mu zapewne ta niewinna, mała iskierka strachu, że Atreus, Brenna, Laurent i Stanley zostaną tu na zawsze, podzielając los nieszczęśliwych widmo-kałuż o zapachu glonów. Nie mógł na to pozwolić. Niechętnie więc zdecydował, wybierając Obskurusa, bo uznał, że poradzi sobie lepiej z rozmową, niż z zaklęciami i ewentualnie żywymi zwłokami. A może los będzie dla nich łaskawszy.
Spojrzał na młodego Prewetta, zanim wyszedł nieco w stronę chłopca, a potem na brata — wyrazu oczu Tonyego sugerował, żeby przede wszystkim na siebie uważał. A potem spróbował coś zrobić, zagadać.
Z początku nie widział reakcji, pojawiła się w nim gorączkowa myśl: co dalej? Co miał powiedzieć, żeby chłopak przestawał zmieniać się w ten cholerny dym, żeby mieli więcej czasu? Wydawało mu się, że pamiętał treści o Obskurusach z podręczników i wcale, ale to wcale mu się nie podobały linijki, które pojawiały się w jego głowie. Złapał oddech, a razem z nim coś rozbudziło się w jego wnętrzu, uczucie jakiegoś dziwnego przerażenia, które zimnym potem oblało mu kark i sprawiło, że zakręciło mu się w głowie. Gdy przymknął oczy, pojawiły się przed nimi obrazy — zapewne z życia chłopca. Zacisnął wargi, nawet zacisnął pięść, chociaż obraz jego matki wstrząsnął nim tak, że tego nie poczuł. Dlatego, że ojciec traktował go bardzo podobnie. Tłukł go, nazywał słabeuszem, nie chciał dopuścić do rodu i najlepiej, to by go wydziedziczył, ale miał dziadka i Staśka. A ten dzieciak? On nie miał nikogo. Poczuł nieprzyjemne pulsowanie blizn na plecach, zamknięte szczelnie wspomnienia rozlały się po jego głowie i zapewne by wybuchł, bo przecież zdarzało mu się, że w emocjach magia niczym dziecku, wymykała mu się spod kontroli. Ciepła wibracja z jego własnego źródła zostawiła na jego skórze gęsią skórkę, a on podniósł powieki i spojrzał na chłopca. Twarz mu złagodniała, był zupełnie szczery i naturalny, bo umiał się z tym w jakiś sposób utożsamić.
- Oni po prostu nie rozumieli, że byłeś czarodziejem. Ludzie mają to do siebie, że boją się i wstydzą tego, czego nie rozumieją. Zobacz, ja też jestem czarodziejem. Ci dwaj tam? Oni są czarodziejami. Nie jesteś w tyn sam. - wzruszył delikatnie ramionami, przygryzając jednak wargę, bo chciał powiedzieć, że naturą mugoli było coś takiego i dlatego właśnie ich społeczeństwo nie powinno tak ich chronić. Prześladowali magów, palili na stosie, kaleczyli — a my i tak robiliśmy wszystko, aby ich ratować i bronić przed naszym światem. Nie, to nie była obrona Świata Czarodziejów przed mugolami, bo co te kurwy mogły zrobić? Nic. To była ochrona ich, jakby byli zwierzętami zamkniętymi w rezerwacie, który rozlewał się na większość ziemi. Przełknął ślinę. - Dałeś z siebie wszystko pomimo tego, że się bałeś i pomimo tego, jak Cię traktowali. Odważny z Ciebie chłopak. A pasek i pięści bywają bolesne, co? - zrobił kolejny krok, przesuwając dłonią ku górze, aby zgarnąć z czoła kosmyki wilgotnych włosów, które zawijały mu się w ciemne loki. - Nie musisz się już bać, nie ma tu mugola, który podniósłby na Ciebie rękę. I istnieje świat, do którego wcale nie mają wstępu. Nie taki, jak tutaj. - wyciągnął dłoń w jego stronę, jakby chciał go zachęcić do uspokojenia się, zaprzestania zamieniania się w dym. Nie chciał spoglądać na Stanleya i Laurenta, musieli poradzić sobie z perłami i ich magią sami, nie mógł się rozproszyć. Nie mógł odrzucić tego dzieciaka, bo wiedział, że wtedy wybuchłby znacznie szybciej, skoro zdecydował się już mu odpowiedzieć. Nie miał różdżki w pogotowiu, nie chciał go zaatakować.
Na Charyzmę.
Spojrzał na młodego Prewetta, zanim wyszedł nieco w stronę chłopca, a potem na brata — wyrazu oczu Tonyego sugerował, żeby przede wszystkim na siebie uważał. A potem spróbował coś zrobić, zagadać.
Z początku nie widział reakcji, pojawiła się w nim gorączkowa myśl: co dalej? Co miał powiedzieć, żeby chłopak przestawał zmieniać się w ten cholerny dym, żeby mieli więcej czasu? Wydawało mu się, że pamiętał treści o Obskurusach z podręczników i wcale, ale to wcale mu się nie podobały linijki, które pojawiały się w jego głowie. Złapał oddech, a razem z nim coś rozbudziło się w jego wnętrzu, uczucie jakiegoś dziwnego przerażenia, które zimnym potem oblało mu kark i sprawiło, że zakręciło mu się w głowie. Gdy przymknął oczy, pojawiły się przed nimi obrazy — zapewne z życia chłopca. Zacisnął wargi, nawet zacisnął pięść, chociaż obraz jego matki wstrząsnął nim tak, że tego nie poczuł. Dlatego, że ojciec traktował go bardzo podobnie. Tłukł go, nazywał słabeuszem, nie chciał dopuścić do rodu i najlepiej, to by go wydziedziczył, ale miał dziadka i Staśka. A ten dzieciak? On nie miał nikogo. Poczuł nieprzyjemne pulsowanie blizn na plecach, zamknięte szczelnie wspomnienia rozlały się po jego głowie i zapewne by wybuchł, bo przecież zdarzało mu się, że w emocjach magia niczym dziecku, wymykała mu się spod kontroli. Ciepła wibracja z jego własnego źródła zostawiła na jego skórze gęsią skórkę, a on podniósł powieki i spojrzał na chłopca. Twarz mu złagodniała, był zupełnie szczery i naturalny, bo umiał się z tym w jakiś sposób utożsamić.
- Oni po prostu nie rozumieli, że byłeś czarodziejem. Ludzie mają to do siebie, że boją się i wstydzą tego, czego nie rozumieją. Zobacz, ja też jestem czarodziejem. Ci dwaj tam? Oni są czarodziejami. Nie jesteś w tyn sam. - wzruszył delikatnie ramionami, przygryzając jednak wargę, bo chciał powiedzieć, że naturą mugoli było coś takiego i dlatego właśnie ich społeczeństwo nie powinno tak ich chronić. Prześladowali magów, palili na stosie, kaleczyli — a my i tak robiliśmy wszystko, aby ich ratować i bronić przed naszym światem. Nie, to nie była obrona Świata Czarodziejów przed mugolami, bo co te kurwy mogły zrobić? Nic. To była ochrona ich, jakby byli zwierzętami zamkniętymi w rezerwacie, który rozlewał się na większość ziemi. Przełknął ślinę. - Dałeś z siebie wszystko pomimo tego, że się bałeś i pomimo tego, jak Cię traktowali. Odważny z Ciebie chłopak. A pasek i pięści bywają bolesne, co? - zrobił kolejny krok, przesuwając dłonią ku górze, aby zgarnąć z czoła kosmyki wilgotnych włosów, które zawijały mu się w ciemne loki. - Nie musisz się już bać, nie ma tu mugola, który podniósłby na Ciebie rękę. I istnieje świat, do którego wcale nie mają wstępu. Nie taki, jak tutaj. - wyciągnął dłoń w jego stronę, jakby chciał go zachęcić do uspokojenia się, zaprzestania zamieniania się w dym. Nie chciał spoglądać na Stanleya i Laurenta, musieli poradzić sobie z perłami i ich magią sami, nie mógł się rozproszyć. Nie mógł odrzucić tego dzieciaka, bo wiedział, że wtedy wybuchłby znacznie szybciej, skoro zdecydował się już mu odpowiedzieć. Nie miał różdżki w pogotowiu, nie chciał go zaatakować.
Na Charyzmę.
Rzut Z 1d100 - 26
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut Z 1d100 - 2
Akcja nieudana
Akcja nieudana