Jechali na tym samym wózku – ona i Patrick. Victoria bardzo starała się nie wypaść z obiegu, wróciła do pracy kiedy poczuła się na siłach i w dużej mierze siedziała w biurze, przewalając prace papierkową, starała się być na tyle w centrum wydarzeń, na ile w takim stanie mogła, ale jej skupienie było podzielone na inne rzeczy. Na przykład na to, że coś mieszało jej się w głowie i to dość konkretnie i to ją przerażało. Mogła ominąć pewne informacje, mogła czegoś nie zarejestrować… Ale nie dało się ukryć, że nie była we wszystko zamieszana po uszy. I Patrick też nie był – chociaż samej Lestrange wydawało się, że jest dobrze poinformowany, bo wrócił do czynnej służby. Wybrał zaległy urlop czy nie – jakoś była przekonana, że kto jak kto, ale on będzie doinformowany. Najwyraźniej się myliła – o czym nie miała najmniejszego pojęcia.
Nie podobało jej się to wszystko. Żerowanie na trupach, na… na przedmiotach… to było…. To nie mieściło jej się po prostu w głowie. Nie potrafiła znaleźć na to żadnego logicznego wytłumaczenia, czuła taki wzierający w duszę i jaźń niepokój, którego nie umiała przyrównać do niczego, co znała. Nawet podczas Beltane, kiedy wbiegli w ogień, to nie czuła niczego w tę nutę. Ale wtedy najpewniej działała adrenalina, która zagłuszała wszystko inne… O ile mogła w ogóle w Limbo działać, przecież to była reakcja chemiczna organizmu a ich ciała leżały przy ogniskach… albo jak w jej przypadku – w ogniu, nim Erik ją wyciągnął, nie mając pojęcia, że jest odporna na wszelki ogień. To nie był paraliżujący strach, ale już informacja, że coś się bardzo mocno nie podoba.
– Nie rozumiem tego trochę. Przedmioty je interesują, „żerują” na nich – poruszała nawet palcami, robiąc w powietrzu cudzysłowie – Ale już rośliny nie? W sensie to przecież… Hm. Są organizmy na pewien sposób żywe – i w Limbo Victoria doskonale widziała przecież drogę, jaką szli Śmierciożercy i Voldemort, bo zostawili za sobą pas martwych roślin pośród tej bujnie rosnącej. Nie, nie umiała tego objąć umysłem. I ten temat ją denerwował. Ale Zaraz Brenna wyjaśniła, że bardziej chodzi o to, co z ludzi zostaje na tych przedmiotach. Że nie chodzi o same przedmioty. To ją wewnętrznie wykręciło chyba jeszcze mocniej. Tak jak stwierdzenie Brenny, że „będzie to mogła sprawdzić”. Niby JAK?!
Na pytanie Patricka wzruszyła ramionami, bo nie maiła pojęcia o jaki artykuł chodzi. Ale rzeczywiście warto było prześledzić potencjalny obszar ich występowania – o ile to z ich winy te błotoryje podlazły tak blisko miasteczka.
– Czyli co. Przez te prawie trzy tygodnie widma rosły w siłę, z niewidzialnych stały się widzialne, z możliwości odebrania siły i uśpienia, teraz przeszły do postarzania? – żołądek zawiązał jej się w supeł. JEŚLI to był powód, jeśli to się ciągnęło od Beltane, jeśli to były te same istoty i rosły w siłę, to mieli prawdziwy kurwa problem i zamknięcie Kniei niczego nie zmieni. Będzie gorzej. JEŚLI to to samo, to co będzie gdy pożywią się na tyle, by pragnąć jeszcze więcej? Jakie zdolności posiądą wtedy? Zabijanie samym dotykiem po sekundowym kontakcie? Pozostawianie za sobą zasuszone ludzkie morelki? Nie powiedziała tego wszystkiego na głos – ale rzecz jasna o tym pomyślała i skrzywiła się wyraźnie. Brenna wydawała się być nieustępliwa, a najpewniej potrzebowała usiąść i odpocząć. Ale nie.
Ubranie pana Longbottoma – powiedział Laurent i ciemne oczy Victorii skierowały się na niego. Longbottoma? Sposób w jaki się o nim wypowiedział…
Czy chodziło o Derwina? Ta zaciśnięta w pięść dłoń zadrżała. Stała tam z szeroko otwartymi oczami, wpatrzona w przestrzeń. Słowa przepływały obok niej, kiedy rozmawiali, o Lazarusie Rowle’u, o spirytyście. Jakoś… Siły z niej opadły i czuła to wyraźnie. Przymknęła na moment oczy i odezwała się dopiero, kiedy wydało jej się, że nie przerwie tej rozmowy w jakimś dziwnym miejscu.
– Tak, trzeba to zgłosić. Napiszę raport i wyślę go gdzie trzeba. A teraz… Przepraszam, ale pójdę już. Miłego dnia – mogło to wyglądać niemalże jak wtedy, gdy nagle stwierdziła, że musi iść na Nokturn – tylko tym razem jej wzrok w żadnym punkcie nie był zamglony. No i mówiła to wszystko takim wypranym z emocji głosem.
Odwróciła się i poszła w stronę swojego domu.