Z bliznami to było tak, że kluczowe było odpowiednie zajęcie się tematem na samym początku i konsekwentna pielęgnacja później. Potrzeba było wytrwałości, samozaparnia, nie oddawania się, kiedy nie widać było efektów… Tak samo Victoria starała się dbać o swoje własne blizny – mocno szpecące. Odpadały już krótkie rękawy, nie chciała pokazywać swojego lewego przedramienia i wierzchu dłoni (chociaż na samym wierzchu dłoni rany nie były głębokie i teraz srebrzyła się tam siateczka linii, które za jakiś czas same znikną). Ale najbardziej szpecąca była szrama ciągnąca się przez jej plecy i Victoria bardzo się bała, że już nigdy nie założy sukienki je odsłaniającej. Natomiast – dbała. Pomocne było to, że znała recepturę i potrafiła sama sobie zrobić odpowiednią maść, mogła więc zachować ciągłość, a że była obowiązkowa i chciała być ładna, chciała się podobać, no to dzielnie blizny smarowała… I gdyby Laurent tylko powiedział, ze potrzebuje, to dostałby od niej kolejne opakowanie takiej samej maści, jak ta, którą wysłała mu na początku miesiąca po ataku mężczyzny w snach… Ale były takie rany, na które żadne maści nie pomagały, żadne zaklęcia…
Czuła, że się rozsypuje. Że to jednak za dużo. Że stężenie spierdolenia, że od ataku na Beltane, z każdym tygodniem było tylko gorzej, nigdy lepiej, chociaż bardzo chciała złapać jakąś stabilność w życiu… A zamiast tego łapała to. Nie było to jeszcze apogeum ludzkiego cierpienia, ale było to z pewnością apogeum jej własnej wytrzymałości, w której po prostu zaczynało pękać serce. Kiedy twoje życie się wali, wszystko co robisz prowadzi cię do punktu, w którym jest tylko gorzej, a nie doprowadzasz do tego aktywnie…
Mocniej zacisnęła ramiona wokół Laurenta, kiedy tak się na niego rzuciła – a przecież nie była przesadnie wysoka i Laurent to chyba się musiał nachylić, bo Victoria miała odrobinę siły, by go ze sobą pociągnąć. Nie, nie była chora. Gdyby była przeziębiona, to napisałaby mu, że jest chora i źle się czuje, a nie, że potrzebuje się spotkać – i to jeszcze w wydaniu listowym tak totalnie niepodobnym do niej samej. Nie narażałaby jego zdrowie, wiedziała jakie jest kruche i jak łatwo mu było się przeziębić (nawet mimo tego, że mogłaby mu przynieść jakiś eliksir na katar i kaszelek).
Nie odpowiedziała mu na pytanie „co się stało”, po prostu jej palce nieco mocniej się zacisnęły na jego koszuli. Długie, chude palce, z zadbanymi paznokciami, teraz wymalowanymi bordem. Nie utrudniała mu zamknięcia drzwi, ani nie wyrywała się, kiedy spróbował ucałować czubek jej głowy.
– Obojętnie – mruknęła, będąc niezwykle pomocna. Może faktycznie to czego potrzebowała to wino. Może powinien jej zrobić gorąca czekoladę i dolać dwa kieliszki wódki. Odsunęła się od niego w końcu i ściągnęła okulary przeciwsłoneczne, ukazując mu to, co próbowała skryć przed innymi ludźmi – jak bardzo jest zmęczona. Jak bardzo jest wręcz… wykończona. – Wszystko w porządku? – zapytała go, zamiast zająć się sobą. Ale potrzebowała tego – bo nawet nie wiedziała co ma powiedzieć. A Laurent też zaprzątał jej głowę.