11.10.2023, 17:03 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.03.2024, 20:10 przez Cathal Shafiq.)
Zawsze tu wracał.
Cathal nienawidził posiadłości Gauntów. Nienawidził i tego, co reprezentowała sama w sobie, i tego, jak bardzo podupadła. Czasem chciał ją widzieć zrównaną z ziemią, a czasem budził się w nim gniew, gdy dostrzegał kolejne zniszczenia. Odchodził jak najdalej stąd (nie uciekał: powtarzał sobie, że to nie ucieczka, bo ruszał ku czemuś, nie by coś zostawić za sobą: zawsze zmierzał do jakiegoś celu, gdzieś za horyzontem), czasem aż na inne kontynenty i myślał, że gdy wróci, jego noga tu nie postanie, a potem nogi same niosły ku go murom, które dało się dostrzec z okien niewielkiego domu matki.
I oto stał tu znów, obserwując ogród. Przyciągnięty odruchem, pewną lojalnością wobec matki, która tak bardzo kochała to miejsce albo szeptem, rozbrzmiewającym w głowie, ostatnio jakby bardziej natarczywym. Patrzył z pewną dozą niezadowolenia i niezrozumienia, bo mógłby przysiąc, że te rośliny nie powinny rozplenić się tak bardzo od jego wiosennej wizyty... a jednak, rozpleniły się. Absolutna pamięć, przekleństwo i błogosławieństwo, podsuwała usłużnie obrazy z wiosny, gdy wszystko dopiero zaczynało się zielenić, i nijak miało się do tych chaszczy, spowijających ścieżki.
Czemu, do licha, to wszystko tak się rozrosło? I jak źle sytuacja wyglądała na tyłach?
Zaciągnął się papierosem, a potem wydmuchał kłąb dymu, który go otoczył i uleciał ku pogodnemu niebu. Zapach tytoniu przeżarł już ubrania Cathala, mieszając się z wonią równie co tytoń kochanej przez niego kawy i wody kolońskiej. Czasem to pomagało uspokoić umysł. Czasem nie.
Czy ktoś rzucił tutaj jakieś zaklęcia? Kto się ośmielił? I kto wszedłby tutaj – a potem wyszedł żywy, zamiast skończyć w wężowych paszczach?
Mężczyzna przekrzywił lekko głowę, bo zdało mu się zresztą, że słyszy gdzieś w chaszczach cichy szelest, jakby przemieszczało się tamtędy wężowe ciało. Znów z hodowli umknął ten, którego na potrzeby rozmowy z Geraldine Shafiq nazwał Ciapkiem, zapewniając, że jest absolutnie nieszkodliwy? Może było to jednak tylko ze wspomnień, tak wyraźnych, że czasem prawie zlewały się z rzeczywistością?
Drgnął jednak, kiedy usłyszał czyjeś kroki. Ludzkie, bez wątpienia. Obrócił się dość gwałtownie i zmierzył spojrzeniem osobę, która pojawiła się w zaniedbanym ogrodzie.
– Jak się tu dostałaś, dziewczyno?
Nie znał jej. Jeżeli nawet kiedyś się spotkali, to tak dawno temu, że i jego pamięć nie mogła powiązać obrazu dziecka z młodą kobietą. Wyjechał z Anglii w czasach, gdy Macmillanówna była nastolatką, a kiedy powracał, z pewnością nie był częstym gościem w kowenie.
Cathal nienawidził posiadłości Gauntów. Nienawidził i tego, co reprezentowała sama w sobie, i tego, jak bardzo podupadła. Czasem chciał ją widzieć zrównaną z ziemią, a czasem budził się w nim gniew, gdy dostrzegał kolejne zniszczenia. Odchodził jak najdalej stąd (nie uciekał: powtarzał sobie, że to nie ucieczka, bo ruszał ku czemuś, nie by coś zostawić za sobą: zawsze zmierzał do jakiegoś celu, gdzieś za horyzontem), czasem aż na inne kontynenty i myślał, że gdy wróci, jego noga tu nie postanie, a potem nogi same niosły ku go murom, które dało się dostrzec z okien niewielkiego domu matki.
I oto stał tu znów, obserwując ogród. Przyciągnięty odruchem, pewną lojalnością wobec matki, która tak bardzo kochała to miejsce albo szeptem, rozbrzmiewającym w głowie, ostatnio jakby bardziej natarczywym. Patrzył z pewną dozą niezadowolenia i niezrozumienia, bo mógłby przysiąc, że te rośliny nie powinny rozplenić się tak bardzo od jego wiosennej wizyty... a jednak, rozpleniły się. Absolutna pamięć, przekleństwo i błogosławieństwo, podsuwała usłużnie obrazy z wiosny, gdy wszystko dopiero zaczynało się zielenić, i nijak miało się do tych chaszczy, spowijających ścieżki.
Czemu, do licha, to wszystko tak się rozrosło? I jak źle sytuacja wyglądała na tyłach?
Zaciągnął się papierosem, a potem wydmuchał kłąb dymu, który go otoczył i uleciał ku pogodnemu niebu. Zapach tytoniu przeżarł już ubrania Cathala, mieszając się z wonią równie co tytoń kochanej przez niego kawy i wody kolońskiej. Czasem to pomagało uspokoić umysł. Czasem nie.
Czy ktoś rzucił tutaj jakieś zaklęcia? Kto się ośmielił? I kto wszedłby tutaj – a potem wyszedł żywy, zamiast skończyć w wężowych paszczach?
Mężczyzna przekrzywił lekko głowę, bo zdało mu się zresztą, że słyszy gdzieś w chaszczach cichy szelest, jakby przemieszczało się tamtędy wężowe ciało. Znów z hodowli umknął ten, którego na potrzeby rozmowy z Geraldine Shafiq nazwał Ciapkiem, zapewniając, że jest absolutnie nieszkodliwy? Może było to jednak tylko ze wspomnień, tak wyraźnych, że czasem prawie zlewały się z rzeczywistością?
Drgnął jednak, kiedy usłyszał czyjeś kroki. Ludzkie, bez wątpienia. Obrócił się dość gwałtownie i zmierzył spojrzeniem osobę, która pojawiła się w zaniedbanym ogrodzie.
– Jak się tu dostałaś, dziewczyno?
Nie znał jej. Jeżeli nawet kiedyś się spotkali, to tak dawno temu, że i jego pamięć nie mogła powiązać obrazu dziecka z młodą kobietą. Wyjechał z Anglii w czasach, gdy Macmillanówna była nastolatką, a kiedy powracał, z pewnością nie był częstym gościem w kowenie.