Nie zauważyła niczego niewłaściwego od strony Sarah, jej drgnięcie czy zawahanie nie było niczym… nowym dla Victorii. Zrozumiała już, że dla większości ludzi jest to wszystko nowe, ale liczyła na to, że gdziekolwiek, albo ktokolwiek choćby ją nakieruje na jakieś tory. Jakiekolwiek by one nie były. I dlatego zdecydowała się tutaj przyjść i… wyspowiadać. Bo może tak powinna to wszystko właśnie nazwać. Ściągnąć ciężar, jaki ciążył jej na barkach i duszy.
Opowieść, jaką miała, nie była skończona. Jedynie nie chciała zarzucić Sarah monologiem, w którym mogłaby się pogubić. Dla samej Victorii to wszystko wciąż było takie… Musiała to sobie układać wciąż i wciąż. Przypominać, przestawiać, żeby się nie pogubić w kolejności i wydarzeniach, jakie miały miejsce. A przecież ich nie wyśniła, prawda? To nie mógł być sen, chociaż już do niej dotarło, że cieleśnie ciągle była na Polenie Ognisk.
– Nie umiem tego wyjaśnić, ja… Poza tamtym jednym przypadkiem, nigdy wcześniej i nigdy później nie czułam niczego podobnego. Nigdy nie patrzyłam na rzeczy, których nie mogłam widzieć. I wiedzieć skąd? Poza tym… czy Wiedzący czują nagłą potrzebę, by wziąć udział w tym co widzą, że muszą tam być? Nie wiem, w mojej rodzinie nikt nigdy nie przejawiał takich zdolności. Chyba Mavelle próbowała przy mnie rozproszyć magię i wtedy przestałam się tak dziwnie zachowywać, i znowu widziałam tylko to, co było wokół – Victoria nie wiedziała co tutaj jest najważniejszą informacją, a co najmniej ważną. Po prostu mówiła. Jeśli kapłanka uznała to za istotne, to kim była, by się z tym kłócić? – Przez moment myślałam, że to może wina tego, że rozproszyłam magię takich dziwnych świateł… Było ich pięć, pojawiły się w czasie ataku. Ale nikt więcej poza mną tego nie doświadczył, a nie tylko ja je rozproszyłam, więc to chyba nie to – przyznała się, przypominając sobie kolejną rzecz. – Te dziwne światła chyba nie były częścią sabatu? – upewniła się jeszcze. I następnie w spokoju wysłuchała słów Macmillanówny. Ta jej wada wymowy… Wydała się jej całkiem urocza, na pewno nie irytująca.
– Rozumiem. To oczywiście nie jest wszystko… – dodała. Przetłumaczone teksty o Limbo? Cholera, może tam coś było… Victoria rzecz jasna też szukała w różnych księgach w bibliotece jej rodziny od strony matki, ale była ograniczona do angielskich przekładów. Jakoś nie pomyślała o obcych językach… – Kiedy byliśmy przy ciele tej martwej kobiety, ona odezwała się do nas, że powinniśmy zawrócić, bo nie nadszedł jeszcze nasz czas. Mówiła o… o cyklu, że możemy pomóc cyklowi krążyć jeśli zniszczymy… coś co utrzymuje jego energię w zły miejscu? – zaintonowała to jako pytanie, bo Victoria niewiele z tego rozumiała, nadal, chociaż wałkowała to w głowie tyle razy. – I że jeśli pójdziemy dalej, to jeśli zbyt dobrze przejdziemy próby, to nie będzie już powrotu do tego, co nas wiąże z innymi. Tego też nie rozumiem, nie wiem co miała na myśli – Victoria westchnęła. Ale to nie to najbardziej ją martwiło. Tylko to, co było dalej. – Dotarliśmy do miejsca, gdzie był Voldemort – zawahała się tylko na moment przy jego imieniu. – Tam był ogień, niebieski, tak, kolejny ogień – uśmiechnęła się do Sary, bo przecież wspomniała, że pogubiła się już w tych ogniach. – I wtedy z niego wyszły postaci i zwróciły się do nas… To była moja babcia. Ona chciała, żebym tam została, a potem stało się coś dziwnego. Jakbym ja i ona… Jakbyśmy się zmieszały, widziałam coś, czego nigdy nie doświadczyłam sama i czułam. Jakbym mogła utonąć we wspomnieniach, które były jak wir, albo go… odwrócić – przekrzywiła głowę, bo zupełnie nie wiedziała jak to wszystko ująć.