Śmiała się. Widząc jego uśmiech Avelina Paxton śmiała się ledwo utrzymując się na wodzie. Troski, Londyn, przeszłość i przyszłość zatarły się w marzeniach, w ulotnej chwili jego śmiechu, jego oczu, które były tak piękne. Patrzyła na niego szczęśliwa zapominając, że ma żonę, że była na niego wkurzona, że miała te wkurzające wyrzuty i wątpliwości, bo oto się stało. Przeklęty Rookwood uśmiechnął się, przestał z nią walczyć, stał się tym, którego kochała, za którym tyle lat tęskniła. Chciała, aby znowu do niej podszedł, aby ją objął, aby ją pocałował. Serce waliło jej szybko ze stresu i napięcia. Próbowała się z nim droczyć i nim udało mu się do niej dotrzeć oddalała się to się cofając, to uciekając lekko w bok. Kilka razy oblała go wodą, aby w końcu się zatrzymać, aby w końcu pozwolić mu do niej podejść. Uśmiech nie schodził jej z twarzy, a patrzyła na niego naprawdę ufnie. Miała nadzieję, że nie zrobi głupoty, że nie zniszczy tego muru, który razem zbudowali, że nie przekroczy granicy, której nie powinni przekraczać. Granicy zbudowanej z rozsądku i pochodzenia, które ich tak cholernie dzieliło. Granicy, która tworzona była z przyzwoitości, zasad i moralności. Nie chciała stać się złym człowiekiem, nie chciała być tą, która zniszczyła małżeństwo, ale nie potrafiła oszukać swojego serca, które rwało się w objęcia tego mężczyzny, który cały mokry zbliżał się do niej niczym ślizgoński wąż – podstępny, seksowny, zapierający dech w piersi. Zadrżała na jego widok wręcz, a na skórze pojawiła się gęsia skórka, która nie była spowodowana zimnem wody, a jego dotykiem na dłoni. Zacisnęła ją chociaż chciała odrzucić. Wiedziała, że powinna go odepchnąć, wepchnąć w czeluści wody i uciec, nie pozwolić mu na to, ale zamiast tego zadarła lekko głowę, aby spojrzeć mu w te ciemne ogniki.
– To mój życiowy cel – odpowiedziała z cichym westchnięciem, a jej niegrzeczne oczy na chwilę spoczęły na jego torsie, który teraz był bardziej widoczny pod mokrą koszulką. Wróciła do jego oczu, do włosów przylepionych do czoła. Do uśmiechu, do Augustusa Rookwooda. Bała się, cholernie się bała tego wszystkiego.
– Co takiego? – chrząknęła, bo głos zamarł jej w gardle. Wstrzymała oddech widząc w jego oczach to zło, którego chciał się dopuścić. Tą rzecz, którą chciał zrobić burząc ten mur, który najwyraźniej nie był zbyt solidny. Gdyby nie była sama, gdyby mogła kogoś wezwać. Oparła policzek na jego dłoni. Nie rób tego. Wołał jej głos w głowie. Błagam, przestań! Krzyczał, wyrywał się, prosił, płakał, ryczał, darł się, ale ona nie słuchała. Ona patrzyła jak zaczarowana w jego twarz, która zbliżała się zbyt niebezpiecznie. Będzie bolało. Szepnął głos. – O nie – Westchnęła mu w usta, gdy tylko znalazły się tuż przy jej własnych. Jęknęła, gdy przysunął ją do siebie.
Smak jego warg, jego bliskości był tak przyciągający, tak cholernie przyjemny i bolesny za razem. Zamknęła oczy, a jej postawa na chwilę się rozluźniła.
Potwór.
Rozsądek dobijał się do jej głowy, a ona próbowała go zdusić. W końcu jednak poczuła ten obezwładniający strach. Z trudem odepchnęła go, uderzyła w twarz, spojrzała na niego – wściekła? Zmartwiona? Przerażona? Zakochana.
– Kurwa – zarzuciła mu na szyję ręce i pocałowała. Inaczej niż wcześniej, odważniej, z kurczowym strachem, że go straci. Serce łomotało, próbowało uciec z tej klatki, wyrwać się z tego strachu, stresu, bólu, tęsknoty.
Wiedziała, że była potworem, że była nierozsądna, że jej przyjaciele tego nie poprą. Powinna go odtrącić, nie powinna wsiadać z nim do tego pociągu, powinna go zostawić, przegnać jak bestie, ale nie potrafiła. Chciała, aby był przy niej, chciała z nim rozmawiać, chciała mu dokuczać, chciała go kochać.