11.11.2022, 13:19 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.11.2022, 13:20 przez Castiel Flint.)
Zaszył się w tej małej klitce po to, aby w spokoju popracować. Nie mógł zrobić tego w domu bo gdy tylko Baldur pojawia się na horyzoncie to można pożegnać się z wszelką ciszą. Przez jego donośny głos drży podłoga a portret dziadka ucieka dwa piętra wyżej. Tutaj mógł zbadać sobie ostatnie znalezisko, które w hałasie zaczynało nagrzewać się i denerwować. Oczywiście przeczytał list od Brenny, zapisał ją nawet we wrzeszczącym kalendarzu ale przez zapracowanie całkowicie zapomniał, że to dzisiaj. Nic dziwnego, że podskoczył na krześle usłyszawszy pukanie na dziwnej wysokości drzwi i przede wszystkim swoje imię otoczone barwą dźwięku Brenny. Ile razy tak go wołała to nie mógłby zliczyć. Tyle lat a wciąż brzmiała tak samo.
Wobec innych osób jedynie machnąłby różdżką i drzwi otwarłyby się samodzielnie. Była to jednak sympatyczna i wieloletnia znajomość, a to klasyfikowało się do obdarowania szacunkiem choćby i w sytuacji otwierania drzwi. Zamknął przedmiot zaklęciem niewidzialności i schował do białej szkatułki, aby w następnej sekundzie stać przed... stosem pudeł obejmowanych rękoma.
- Przyszłaś wyprowadzić mnie z mojej kryjówki? - uśmiechnął się jednym kącikiem ust i bez pytania zdjął z wysokości jej głowy dwa pudełka.
- Witaj, Brenna. Czy w tym pudle jest łapa ogra?- - potrząsnął pakunkiem, cofając się dwa kroki i robiąc jej miejsce.
- Toż to jest ciężkie, nie mogłaś tego przelewitować? - zaprosił ją do środka. Nie mieli tu za wiele miejsca - dwie osoby to już tłok, a ze stosem pudełek i opakowań to ciasnota. Warto zaznaczyć, że można było się tutaj zabić. Na podłodze znajdowały się pagórki stworzone z książek, obok stał kosz na śmieci leniwie mielący metalowymi zębiskami strzępy papieru, a na biurku stworzyła się imponująca wieża z pustych po kawie kubkach. Mimo wszystko znalazł na biurku miejsce gdzie postawił dwa pudła.
- Resztę połóż na fotelu. - z którego cichaczem zdjął tiarę, krawat, walizeczkę i buty. Kiedy Brenna wyłoniła się zza swoich sprawunków to popatrzył na nią lekko skonsternowany. Nie wyglądało to na "konsultację" bowiem spodziewał się prędzej małego, ozdobnego puzderka a nie... dwudziestu pudełek?
Wobec innych osób jedynie machnąłby różdżką i drzwi otwarłyby się samodzielnie. Była to jednak sympatyczna i wieloletnia znajomość, a to klasyfikowało się do obdarowania szacunkiem choćby i w sytuacji otwierania drzwi. Zamknął przedmiot zaklęciem niewidzialności i schował do białej szkatułki, aby w następnej sekundzie stać przed... stosem pudeł obejmowanych rękoma.
- Przyszłaś wyprowadzić mnie z mojej kryjówki? - uśmiechnął się jednym kącikiem ust i bez pytania zdjął z wysokości jej głowy dwa pudełka.
- Witaj, Brenna. Czy w tym pudle jest łapa ogra?- - potrząsnął pakunkiem, cofając się dwa kroki i robiąc jej miejsce.
- Toż to jest ciężkie, nie mogłaś tego przelewitować? - zaprosił ją do środka. Nie mieli tu za wiele miejsca - dwie osoby to już tłok, a ze stosem pudełek i opakowań to ciasnota. Warto zaznaczyć, że można było się tutaj zabić. Na podłodze znajdowały się pagórki stworzone z książek, obok stał kosz na śmieci leniwie mielący metalowymi zębiskami strzępy papieru, a na biurku stworzyła się imponująca wieża z pustych po kawie kubkach. Mimo wszystko znalazł na biurku miejsce gdzie postawił dwa pudła.
- Resztę połóż na fotelu. - z którego cichaczem zdjął tiarę, krawat, walizeczkę i buty. Kiedy Brenna wyłoniła się zza swoich sprawunków to popatrzył na nią lekko skonsternowany. Nie wyglądało to na "konsultację" bowiem spodziewał się prędzej małego, ozdobnego puzderka a nie... dwudziestu pudełek?