– Też bym wolała, żebyś tego wszystkiego nie przeżywał, zasługujesz na spokój – odpowiedziała mu i na moment nawet puściła własne nogi, żeby poklepać go dłonią po jego dłoni. – Chyba nie tylko nad tobą zawisnęło. Nad wieloma ludźmi. Ja też bym wolała nie przeżywać tego wszystkiego – ale i jej Dolohov napisał, że czekają ją przeciwności i chmury. Nie pomylił się, trafił wręcz w dziesiątkę, chociaż z początku Victoria patrzyła na to bardzo sceptycznie, bo przecież już trafiła pod deszczową chmurę: była jedną z Zimnych. Ale potem to już było tylko przejście z deszczu pod rynnę. – Chyba nie warto tak gdybać… Mam wrażenie, że łatwo się wtedy wpędzić w gorszy nastrój – szczególnie jeśli dochodziło się do wniosku, że jednak podjęłoby się inne wybory. Nie przeszkadzał jej ten temat, już i tak… co, miało być gorzej? Miała się czuć jeszcze bardziej źle niż już się czuła? Jakoś bardzo w to wątpiła, naprawdę uważała, że spadła już na samo dno. – Powiedz słowo, a zacznę ci przeszkadzać – skoro potrzebował tutaj rąk do pracy, to mogłaby mu odrobinę pomóc i go odciążyć. Jasne, miała mnóstwo swoich zajęć, ale obecnie wolałaby chyba zatopić się w czymkolwiek innym. No i – po prostu nie siedzieć sama. To pewnie było najgorsze, co mogłaby sobie zrobić.
Tak, moc rytuału była okrutna. To miała być tylko zabawa, Victoria uplotła ten wianek Saurielowi tylko dlatego, że przyszedł taki w złym humorze i chciała mu go poprawić. Nic przecież nie zrobili, nie pobiegli w las, nic z tych rzeczy, trzymali ręce przy sobie, a najwięcej co Victoria zrobiła przez ten czas, to raz, jeden jedyny raz i to jeszcze w Beltane, dała mu buziaka w policzek. W policzek! Nic więcej!
– Nie wiem już sama co myślałam i co czułam. Ale ja nie robiłam nic nadzwyczajnego, właściwie to nic nie robiłam – była jak zwykle: trzymała rzeczy dla siebie, gesty też nie były z jej strony nachalne. – To nie był przymus, któremu nie dało się oprzeć, ja po prostu trzymałam dystans tak jak on też trzymał dystans – tak, widywali się niemalże codziennie, niemalże. Ale zawsze trzymali ręce przy sobie. Jakiekolwiek Laurent miał o tym wyobrażenie, to absolutnie nic pomiędzy nią a Saurielem się nie działo, nie fizycznie na pewno. A uczuciowo… Najwyraźniej tylko z jej strony, a emocje narzucane przez rytuał tylko trochę przykrywały jej własne myśli i pragnienia. Westchnęła. – Wiem, że ludzie robili różne głupoty, wiem, że nie wszyscy mają taką samokontrolę jak ja. Myślałam długi czas, że to jakaś kolejna cudowna niespodzianka z Limbo i po prostu… Starałam się panować nad tym co się dzieje – bo wolała mieć nad sobą kontrolę. Tak jak nie życzyła sobie by ktoś bez jej wiedzy i zgody zaglądał do jej głowy. – Och… Współczuję mu – dodała na wzmiankę o tym, że Laurent miał jakiegoś przyjaciela, któremu zniszczyło to życie.
– Nie, nikt mu nic nie podał. Przez moment myślałam, że ma może nawrót. Bo twoja kuzynka mówiła, że może się zdarzyć, ze to wróci. To nie jest zbadane, wiesz – starała się wytłumaczyć, bo zdawała sobie sprawę z tego, że mogła coś tutaj zamieszać, zrobić skrót myślowy, za którym Laurent nie nadążył. Ona swoje wiedziała, ale nie spowiadała mu się z każdej minuty swojego życia, z każdej rozmowy jaką odbyła i mógł tu polecieć jakiś niespodziewany skrót myślowy. – Jemu było miło? Nie wiem. Może było – ale jej nie było miło, że było to swego rodzaju wodzenie za nos, tym bardziej… Tym bardziej, że jej powiedział, że nie będzie z tego żadnego szczęśliwego zakończenia, wielkiej miłości, ani szczęśliwej rodziny. A ona chciała… Po prostu chciała kogoś, komu mogłaby dać to ciepło, którego nie zaznała w domu. I chciała też takie otrzymać, choćby troszkę. – Nie mam szczęścia, co? – powiedziała po chwili, chociaż miała wrażenie, że Laurent to wszystko spłyca. – Piękna, mądra, inteligentna i o wielkim sercu. Najwyraźniej to za mało – za mało, by sprawić, by komukolwiek się spodobała; na tyle, by próbować ugrać cokolwiek z jej rodziną, przedstawić im ofertę, po której przestaną sami szukać dla niej „szczęścia” i zdadzą się na to, kogo sama wybrała. Ale prawda jest taka, że ona sama nigdy nie szukała. To było skomplikowane – ta jej relacja z rodzicami, zwłaszcza z matką. – On nie jest, a kto jest? Kto jest dla mnie odpowiedni? Nikogo to chyba i tak nie interesuje. Wszyscy wszystko wiedzą o mnie i za mnie najlepiej, co mnie uszczęśliwi, co nie – Sauriel też, też jej coś takiego powiedział, a nawet z nią nie porozmawiał, tylko założył swoje. Nie rozumiała skąd się to bierze. I naprawdę ją to denerwowało – pośród tego całego smutku i rozsypki denerwowały ją te słowa, jakby sama nie mogła i nie umiała dokonać swoich wyborów. A ona nawet nie… Nie potrafiła nawet powiedzieć, że się zakochała na zabój, jej emocje były ciche i wielu z nich nadal nie rozumiała. A bolało. To odrzucenie bolało. Słowa, które padły od Sauriela i od jej bliskich przyjaciół – one wszystkie bolały. Skoro każdy widział jak złe i nieszczęśliwe to jest, to dlaczego jej rodzina ją w to pakowała?
Nie mogła Laurentowi powiedzieć o Mrocznym Znaku jaki zobaczyła na przedramieniu Rookwooda, musiała to przemilczeć, a to przecież też dokładało swoje do tej całej debilnej opowieści. Powinna się odsunąć, prawda? Powinna zerwać te zaręczyny i uciec daleko, daleko… Rozum swoje, uczucia swoje.
– Kontrola nad własnym życiem. Myślisz, że to się stanie w tydzień? W miesiąc? Że nagle rzucę tym pierścionkiem i będę miała spokój? Jestem za mało warta – wiedziała to. Wręcz, że jest nic nie warta. – I najwyraźniej głupia, bo widziałam te wszystkie znaki ostrzegawcze a i tak… i nie wystarczająco ładna, bo zawsze oglądał się w inną stronę. I za mało inteligentna, żeby dać sobie spokój i się z tego wyplątać. A wielkie serce wcale nie idzie w parze z twardą dupą, żeby znosić kopniaki – pociągnęła nosem. Nie chciała tego znowu słuchać, o tym co ją uszczęśliwi, a co nie. Kto jest dla niej odpowiedni, kto nie jest. Nie chciała. – On próbował popełnić samobójstwo – dodała ciszej, nie patrząc wcale w oczy Laurenta, kiedy odwrócił jej głowę i gładził jej policzki. Miała spuszczony wzrok. – Wczoraj rano. Chciał spłonąć na słońcu – czuła wręcz, że pod powiekami zbierają jej się łzy, bo oczy ją zapiekły.