I Esmé unikał relacji, gdy zaczynały się robić nazbyt poważne. W tym przypadku, ponownie, byli do siebie podobni. Czarodziej nie był jednak zabiegany, nie dbał też o profesjonalizm relacji biznesowej, jaką dopiero zawarł, ani o nic, co Geraldine powstrzymywało od miłości. Rowle zwyczajnie obawiał się, że drugi raz zostanie skrzywdzony. A ten pierwszy... przeżył trochę za mocno. Wstrząsnęło to nim za bardzo. Jak mogłoby nie? W końcu to dzięki temu niezwykłemu uczuciu zasmakował czym jest prawdziwe życie, zrozumiał co to znaczy czuć. Tak naprawdę. Czuć radość, smutek, zaniepokojenie. Całym sobą, a nie tylko muskać wszelkie emocje opuszkami palców, nie potrafiąc ich chwycić w garść. Zdecydowanie miłość była remedium na marazm, jaki odczuwał, ale miłość była też powodem, dla którego ten marazm był teraz tak rozległy. Drugi raz... drugi raz mogłoby nie być do czego wracać. Druga rana mogłaby być już śmiertelna.
- Skądże. - odparł wciąż nieco zmieszany, ale w mgnieniu oka pozbierał się do kupy, wracając spojrzeniem do blondynki. - Ukłuło mnie coś. - wyjaśnił, niby kłamstwem, lecz jednak prawdą. Bo ukłuło go. W sercu.Nie chciał ciągnąć tego tematu, więc liczył, że taka odpowiedź usatysfakcjonuje Ger. A jeżeli nie? No to trudno, niestety nie chciał tłumaczyć, że cóż... ma słabość do kobiet jej pokroju. Jasne, przecież można było łatwo posądzić go o próby uwodzenia, a jednak nie miał na myśli tego, by skraść jej serce. Zwyczajnie starał się być czarujący, ale na tyle, by było jasne, że jest to co najwyżej propozycja, a nie swoiste zabiegania. Wystarczy, że chciałaby, a wtedy... ekhem. Nieważne. Może jednak nie powinien się tak starać, bo podejrzewał, że jest w stanie sam siebie skrzywdzić. Ale jak tu się powstrzymać? Albo inaczej - co miał do stracenia?
Życie. Swoje puste, nijakie życie, które wypełniał jedynie tym, co zajmowało mu myśli, odsuwając go od ziejącej pustki. Całe szczęście posiadał pasję, jaką było rzemiosło. Nie wiedział jak potoczyłby się jego żywot bez niej. Podejrzewał, że pewnie nie dotrwałby do tak solidnego wieku. Najpewniej targnąłby się na własne życie gdzieś niedługo po ukończeniu Hogwartu. A jednak żył i miał się dobrze. Ba! Śmierć była ostatnim, o czym marzył. W końcu kto rozsądny uciekałby w pustkę, by uciec od pustki, hm?
Kwestia martwienia się była żartem. Tak samo jak to, że łowczyni bardziej dbała o układ, jaki ich łączył. Wiedział, że nie martwi się o niego, ale też jego los nie jest jej obojętny. Po prostu szkoda, jakby umarł, a tym bardziej, gdy miał być pod jej opieką. Określenie "martwić się" brzmiało tak intymnie, tak ciepło. Przynajmniej według niego. A jednak Yaxley skorzystała właśnie z tego słowa. Czarodziej przypatrywał się jej przez chwilę, nie wyrażając żadnej szczególnej emocji, a jednak wydawał się być delikatnie zaskoczonym. Prychnął, opuszczając wzrok na Beksę i uśmiechając się pod nosem. Nie potrafił na to zaradzić - brakowało mu tego bezwarunkowego ciepła, które niektórzy oferowali. Nie potrafił ukryć, że sprawia mu przyjemność, że chciałby się w nie wtulić, a następnie nim przykryć. Poczuć się tak wygodnie, bezpiecznie, swobodnie. Wreszcie opuścić gardę, wreszcie przestać walczyć z pustką o własną duszę. Niestety, były to czcze życzenia.
Smoczoognik podniósł swój łebek w reakcji na gromki śmiech Yaxley, by zaraz jednak go opuścić, układając się dalej do snu na swym właścicielu. A właściciel? Zamrugał skonfundowany tą reakcją i wpatrywał się niemo w łowczynię, aż tak jasno zaznaczyła kto nosi spodnie w kwestii polowania. No tak, czemu o tym nie pomyślał nawet. Pokiwał głową, zwężając swe spojrzenie, ale też usta - wywijając je w zadowolony uśmieszek. Oparł prawy łokieć na podłokietniku, a zaciśniętą pięścią podparł policzek i tym samym pochyloną na bok głowę. Z satysfakcją przypatrywał się Geraldine, która naprężyła się, wręcz nastroszyła, jakby same słowa miały nie zadziałać na upartego rzemieślnika. Ale... one zadziałały. Puszenie się było już miłym dla oka obrazem, który nie zrobił zamierzonego wrażenia na samym Esmé, lecz nie było to konieczne. Nie chodziło tutaj tak naprawdę o żadne dominowanie, o przepychanie się w tym, kto ma decydujące słowo w ich... krótkiej znajomości. Rowle tak po prostu zapomniał, że Ger na swój sposób też jest rzemieślnikiem, lecz jej pracownie były znacznie bardziej rozległe, a materiały, z którymi się zmagała... nieco bardziej ruchome i groźne. Ale, ale! Kaletnik też ucierpiał. Przecież ukłuł się w paluszek igłą. I nikt mu nie ucałował rany. Oh, biedny Esmé.
Nie przerywał jej. Miała wszelkie prawo wyrazić oburzenie i to, jak durnie się zachował. Sam przecież nie chciałby, aby ktokolwiek w jego pracowni mówił mu jak ma pracować. Co ma robić. Czym się zająć, a co zignorować. Rozumiał jej powagę i rozumiał jej... nie tyle złość, co frustrację, która mogłaby w nią się przerodzić, gdyby naciskał na swoje. Ale nie naciskał. Milczał, przypatrując się jej, jak obrazkowi. Podobało mu się to, jak pewna była, gdy temat poruszał polowania. Gdy zaczynało się mówić o jej pracy. Była to jednakowa reakcja, jaką można było dostrzec u samego Esmé, chociaż... on czuł się pewnie często. Za często. Rzemiosło sprawiało, że poważniał, a ta pewność siebie przestawała być maską czy czymś na wyrost, a zaczynała być porządnie ukorzeniona w rzeczywistych umiejętnościach - zaczynała mieć solidne fundamenty, których nie dało się kwestionować. Tym przyjemniejsza była "przemiana" Ger, gdy tak świeży był obrazek jej zmieszania kokieterią.
- Dobrze, już dobrze. - odezwał się, nieco prostując i unosząc ręce - na znak wręcz poddania się. - Nie mówisz mi jak ja mam pracować, więc dlaczego ja miałbym mówić tobie? - brzmiało jak pytanie, które powinien zadać sobie wcześniej, ale padło dopiero teraz. I Esmé nie miał problemu z przyznaniem się do tego, że zwyczajnie powiedział głupotę. Nie pomyślał, że dla tej kobiety jest to równie ważne, co dla niego kaletnictwo. Nie miał w tym temacie nic do gadania. - Wybacz, czasami się zapominam. - opuścił ręce, uśmiechając się przyjaźnie do łowczyni. - Nie chcę by moja niekompetencja sprawiła, że ucierpisz. - bo nie udawał, że jest nie wiadomo kim. Że rozpierdoliłby w drobny mak każdą bestię, która stanęłaby mu na drodze. Nie. Wiedział, że jest w gruncie rzeczy dosyć zwyczajnym mężczyzną, który w kwestii walki... niewiele potrafi. Wiedział za to jak uciekać, jak ukryć się, jak przechytrzyć. To zazwyczaj wystarczało. To i trochę charyzmy. Sęk w tym, że charyzma, którą posądzał o większość swoich sukcesów w dziedzinie konfliktów, nie działała na magiczne zwierzęta.Przemilczał słowo "gadżety", które zostało rzucone lekceważącym tonem. "Te twoje". Wiedział co miała na myśli, chociaż niezbyt spodobało mu się to, jak zabrzmiała. Miała na myśli tylko to, że cokolwiek by ze sobą nie zabrał, to może nie zdążyć tego nawet użyć. Po prostu ograniczały go jego własne zdolności fizyczne, a dodatkowo nie miał odpowiedniej wiedzy, ani chociażby doświadczenia. Po prostu na nic zdawały się te "gadżety", gdy był żółtodziobem w kwestii polowań. I chociaż rozumiał to wszystko, to zanotował sobie ten moment w głowie. Nie zamierzał wykorzystać tego przeciwko Ger, ale kiedyś udowodnić jej, że "te jego gadżety" kiedyś uratują jej życie, gdy jej własne umiejętności zawiodą. Ekhem, nie życzył jej niczego złego, w żadnym wypadku. Nawet liczył na to, że nigdy nie dojdzie do takiego momentu, by życie Yaxley było w takim zagrożeniu. Ale jednak... jednak jego duma chciała jej udowodnić, że to nie są tylko gadżety. To jest być i nie być.
- Ostrożnie, gdy mówisz o moim rzemiośle. - mruknął dosyć poważnie, aby było jasne, że jego można lekceważyć, o nim można pisać najgorsze żarty, prześmiewcze historie i czego dusza zapragnie, ale sytuacja się zmieniała, gdy obrażało się jego rzemiosło. Na ten temat mógł pożartować, ale on sam. Albo ci, którzy wystarczająco poznali się na dziełach, które wychodziły spod jego rąk. Ale nie Ger. Jeszcze nie. Musiał dostrzec, że wie, że to nie są tylko "te jego gadżety", a prawdziwe arcydzieła kaletnictwa. Odpowiednie materiały, odpowiedni pomysł, odpowiednia potrzeba i mógł stworzyć coś, co zmieniało bieg historii. W odpowiednich rękach, oczywiście. Naprawdę w to wierzył. Powaga trwała jedynie chwilę, bo nie chciał psuć nastroju. Pozwolił wybrzmieć swoim słowom, po czym uśmiechnął się uprzejmie.Sprawność fizyczna? Zamrugał ponownie zaskoczony, bo chociaż przemknęło mu przez myśl, że papierosy ją pogarszają, to nawet nie wpadło mu do głowy, że Geraldine może się na nią skarżyć. Podniósł się na fotelu nieco za szybko, bo chciał to natychmiast odkręcić. W rezultacie Beksa zsunął się z klatki piersiowej, opadając na nogi rzemieślnika, by zaraz naprężyć się jak struna i zasyczeć wrogo, wpatrując się w twarz swojego niezwykle niefrasobliwego właściciela, który zakłócił odpoczynek. Esmé nic sobie nie zrobił ze stworzenia, które zaraz poderwało się i odleciało na bok obrażone, lądując gdzieś na ladzie i zaraz schodząc na jej drugą stronę - znikając z oczu tak rzemieślnikowi, jak i Ger.
- W życiu bym nie poddawał wątpliwościom twojej sprawności, Ger. - wypalił, pozwalając sobie nazwać ją "Ger", chociaż znali się zaledwie kilkanaście minut. - Wręcz przeciwnie. - dodał, opierając się znów o oparcie fotela, pozwalając sobie na rozluźnienie. - Bardziej zastanawiałem się czy rzeczywiście papierosy mogą utrudniać polowanie, bo nawet z nimi wciąż bez zawahania oznajmiłaś, że mogę zamówić jaki chcę materiał. A węch wydawał mi się czymś, z czym ciężko walczyć i co może decydować albo o wygranej, albo o byciu ofiarą zasadzki. - miał na myśli to, że nawet mimo papierosów wciąż była... zajebista. I wciąż polowała na wszystko, chociaż sama sobie to utrudniała, poprzez palenie. Bestia mogła wyczuć ją z daleka i uciec albo wręcz przeciwnie - postanowić zapolować na łowcę. Kwestia pogarszania sprawności fizycznej... nie były przecież, aż tak szkodliwe, prawda? Nie aż do tego... nie, do tego stopnia właśnie. W końcu w życiu Geraldine nie raz i nie dwa musiały być sytuacje, że ułamek sekundy dzielił ją od życia i śmierci. I te ułamki sekundy potrafiły być bezpowrotnie zabrane przez nieco zbyt regularne popalanie tytoniu. Papierosy mogły zabijać na różne sposoby.- Po za tym... współpracuję jedynie z najlepszymi. Ba! Z najlepszą z najlepszych. Geraldine Yaxley. Tak, z tych Yaxleyów. Ale to nie kwestia rodziny. Sukces tego rodzaju z rzadka jest dziedziczony. To nie majątek. Na umiejętności należy zapracować. - odpowiedział tak, jakby Ger wcale nie była... Ger, czyli sobą. Specjalnie ubrał to tak w słowa, by zasugerować, że gdyby ktoś o nią zapytał, to może być pewna, iż wychwali ją pod niebiosa. Nie wiedział na ile była to prawda, chociaż ufał, że nie kłamała. Właściwie... ufał jej tak po prostu, bo nie miał nic do stracenia. Najwyżej niezadowolonego klienta, gdy materiały nie dotrą na czas, a Ger? Ger mogła stracić życie. Dlatego wierzył, że jej pewność siebie i słowa nie są wyłącznie na pokaz. Wierzył, że chociaż wychwalał ją pod niebiosa, to wcale się nie mylił. I liczył, że gdyby ktoś zapytał o rzemieślnika, z którym współpracuje, to i ona zapewni o jego umiejętnościach. Bez krzty kłamstwa, bo Esmé nie kłamał w swojej pasji. Był dobry i zamierzał być tylko lepszy. Najlepszy.
Gdyby w pracowni była widownia, to mogłaby palcem wskazać moment, w którym zarzekaliby się, że w oku Esmé pojawił się błysk. Sprecyzowaliby, że nastąpiło to, gdy łowczyni oznajmiła, iż poprosi o nietypowe rzeczy. Uśmiechnął się szeroko, rozkładając ręce, jakby chciał ją objąć. Ale było to jedynie gestem w stylu "czym chata bogata".
- Oh, Gerry, nietypowe życzenia to te, które spełniam najchętniej. - kolejne spoufalenie, na które sam sobie pozwolił. A... a może nie? - Mogę do ciebie tak mówić? Masz przepiękne imię, ale trudne w posługiwaniu się w rozmowie. - bo rzeczywiście tak uważał, że Geraldine było bardzo ładnym imieniem, ale jednocześnie wyjątkowo nieporęcznym. Szczególnie, gdy próbowało się jednak odbiec od sztywnych ram kultury osobistej, która nakazywała mówić pełnym imieniem. Ale z manier Esmé przecież nie słynął. W ogóle nie słynął z niczego. Wciąż był nikim z Nokturnu. Całe szczęście.Nagle czuć było dym. Ger mogła go nawet zobaczyć nieco wcześniej, bo zaczął pojawiać się zza lady. Dokładnie z tego miejsca, w którym zniknął Beksa. Kto inny mógłby coś podpalić? Esmé zdawał się tego nie zauważyć, ale jednak nieśpiesznie, z ciężkim westchnięciem podniósł się i miarowym krokiem znalazł za ladą.
- Beksa, zachowuj się, przynosisz mi wstyd przy tej pięknej łowczyni. Myślisz, że jak często miewam okazję poznać kogoś tak niezwykłego? - szeptał do niego konspiracyjnym tonem, jakby Smoczoognik miał to wszystko zrozumieć i jakby sama Ger miała tego nie usłyszeć. Ale oczywiście słyszała, bo wszystko było zrobione specjalnie, jako taki zabieg. Tak czy siak, sam podpalacz nagle zaczął wspinać się po lewej ręce Rowle - w kierunku jego barku.- Przepraszam za niego, lubi jak poświęcam uwagę jemu i tylko jemu. - odezwał się rzemieślnik niczym prawdziwy aktor, jakby naprawdę wierzył, że Yaxley nie słyszała co mówił do swojego stworzonka. Puścił jej też oczko, nim przeniósł spojrzenie na blat za ladą. Uniósł nieco wyżej zwinięty w rulon papier, którego brzeg żarzył się i dymił lekko. Papier musiał zostać podpalony przez Beksę, ale ogień nie rozprzestrzenił się dalej. Esmé palcami chwycił za żar, gasząc go w ten sposób - jego skóra była zbyt gruba, by się oparzyć w ten sposób.
- Odnośnie nietypowych życzeń. - odezwał się i rozwinął rulon, by prychnąć rozbawiony. Pokiwał głową na boki, zrezygnowany i wrócił do stolika, rozwijając zawiniątko na nim. Jeden róg przytrzymał popielniczką, drugi swoją papierośnicą, by Geraldine mogła przyjrzeć się rysunkowi... czegoś. - Nie wiem czy jesteś w stanie przebić nietypowość niektórych zamówień. - dodał rozbawiony, patrząc na projekt... uprzęży dla konia? Jakiejś skórzanej pułapki? Rycina przedstawiała coś, co było stworzone z różnych pasków, w niektórych miejscach paski były szersze, w niektórych węższe. Spinane misternie tak, jakby miały kogoś lub coś obezwładnić. - Zgadnij co to. - rysunek był bardzo szczegółowy, chociaż nie zawierał za bardzo miar, ani opisu - był też nakreślony bardziej jak szkic, jak coś poglądowego, co nijak miało się z końcowym projektem.