– Może jeszcze będzie okazja – odparła Brennie i uśmiechnęła się do niej. – Przeprowadziłam się pod koniec kwietnia i póki co zostaję na stałe – nigdzie się stąd nie wybierała i nie po to zadała sobie tyle trudu z papierami z Ministerstwa, żeby po miesiącu rzucić wszystko w cholerę i wrócić do Egiptu. Lubiła przygody, a jej praca zdecydowanie taką przygodą była. Ale pokiwała głową, kiedy Brenna machnęła dłonią w kierunku nieba i ponownie sama w nie spojrzała. Niesamowite zjawisko. Ginny zastanawiała się teraz, kiedy zostało coś podobnego ostatnio zanotowane. W swojej pracy i jako historyk magii z pewnością mogła się na coś podobnego już natknąć… Chyba.
– Do wszystkiego można się przyzwyczaić. I do gorąca i do ciągłego deszczu – odparła Hjalmarowi oraz Dagurowi. Wysłuchała też z zainteresowaniem tego, co mieli do powiedzenia wraz z odnośnie ich podróży do Egiptu i ogólnie podróży. – Ach, więc są panowie podróżnikami? – zapytała i uśmiechnęła się. – Wszędzie piramid w Egipcie nie ma, jest dużo odkopanych ruin świątynnych i innych nekropolii, bardzo zresztą pięknych. Ale jeśli w okolicy Kairu, to byliście przy najpopularniejszych piramidach w Gizie – na ruinach starego Memfis, ale już sobie to darowała. To, że była archeologiem i historykiem, nie musiało wypływać przy każdym zdaniu jakie wypowiedziała.
Wszyscy raczej naturalnie przesunęli się do stołów, tak jak zresztą ona. Jednym uchem słuchała rozmów o pączkach, o jakimś alkoholu, ale teraz jej uwagę miały dwie mugolki, Tia i Lillian, które zresztą na jej zaproszenie, zbliżyły się do stołu. Jedna jakby miała u stóp cały świat, i druga cichutka jak myszka.
– Cześć, słoneczko – odpowiedziała blondynce, najwyraźniej nie mówiąc zdecydowanego „nie” na ten bezpośredni flirt. Spojrzenie jasnobrązowych oczu zaraz i tak przeniosła na rudą i się do niej uśmiechnęła. – Shoarma to taka nasza egipska potrawa. Z mięsem, o ile jadacie mięso – wyjaśniła kobietom. Nie było to niczego magicznego, niczego nadzwyczajnego. Mogły pojechać do Egiptu, zjeść shoarmę w mugolskiej knajpie… I kto wie, może coś by im się przypomniało. – Chcecie spróbować? – wyciągnęła już rękę do miski, gotowa pokazać w jaki sposób się to nakłada i je. To, że przyniosła też te bułeczki mogło być strzałem w dziesiątkę, bo można było sobie wszystko wpakować do środka i jeść na stojąco, albo nawet sobie z tym chodzić po polance. – Nie znam się na dokładnych metodach… – powiedziała szczerze, bo nie była żadnym amnezjatorem. Była raczej kiepska z magii zauroczeń. – Ale z wahadełkiem można robić różne rzeczy, na przykład wskazać odpowiedni kierunek, albo wróżyć – pewnie dało się też wymazać pamięć za pomocą hipnozy… – Nie przeraża was to? Że doświadczyłyście pewnego rodzaju magii? – zapytała, patrząc znowu w niebo. Na słońce, na księżyc… Ginny miała wrażenie, jakby ta rozmowa z mugolami, spotkanie tutaj z nimi, było bardzo… oczyszczające. Kiedy nie musisz się kryć, nie musisz udawać, że magia nie istnieje, żeby nie złamać Kodeksu Tajności. Tak mogłoby być: świat bez barier. Wszyscy razem w jednym miejscu, rozmawiający jak gdyby nigdy nic.