Może po prostu Laurent był jak ona? Nie pozwalał sobie nikogo pokochać, fascynacje przychodziły i odchodziły, ale nie pozwalał sobie na więcej, bo tak było łatwiej, wygodniej, bo mniej bolało. Czy to znaczyło, że był martwy w środku? Nie. Victoria też nie była. Może po prostu nie spotkał jeszcze odpowiedniej osoby… albo spotkał, tylko sobie nie pozwalał na więcej, bo miał swoje zasady, swoje wyobrażenia wyniesione z rodzinnego domu. Plus… może po prostu o sobie samym myślał, że nie jest dla nikogo dostatecznie dobry, że może zaoferować tylko swój wygląd i fizyczność. Nie było tak, przynajmniej nie w oczach Victorii. Gdyby tak było, to dzisiaj by tutaj nie była, nie szukałaby pocieszenia w jego ramionach… nie takiego pocieszenia, jakie można by mieć na myśli po tych słowach. Chciała być fair względem niego, tak jak chciała być fair względem siebie samej. Potrzebowała pomocy, ale nie znaczyło, że by ją dostać, miałaby ranić ludzi wokół.
– Tak. Ale sam powiedziałeś, że ja nigdy nie próbowałam znaleźć tego szczęścia – więc to nie była jej wina? Że nie próbowała? Co nie było prawdą, bo próbowała, tym razem, jakoś to… Jakoś to poukładać, pomalutku, bo potrzebowała czasu, ale próbowała. A ty kiedykolwiek próbowałeś? Ale tak naprawdę? – nie zapytała. Zamiast tego wzięła kolejnego łyka czekolady.
Popatrzyła w dół, na miejsce, które dotknął w tym krótkim ruchu Laurent, na wysokości jej serca. Jego dotyk nie parzył, ale w tej krótkiej chwili odznaczał się na jej zimnej skórze. Owszem, w głębi duszy… wiedziała jaka jest odpowiedź. Po prostu nie stawiać wokół siebie tych wszystkich barier. Myśleć o swoich uczuciach, o uczuciach drugiej osoby, rozmawiać… I nie robić nic wbrew sobie. Nie spieszyć się też, bo nie było sensu.
Wzruszyła ramionami. Czy to dobry pomysł… Nie wiedziała. Tak jak masy innych rzeczy nie wiedziała. Ale kiedy jeśli nie teraz? Wszystko jej było jedno.
– Mam wrażenie, ze od maja wszystko idzie nie tak, jest tylko gorzej. N-na sabacie spotkałam Szeptuchę, te wariatkę – zapomniała o tym całkowicie, teraz sobie przypomniała, że zwróciła się do niej i do Sauriela, i mówiła o tym, że ich miłość nie będzie prosta, że będzie się za nimi ciągnąć wstęga spalonej ziemi. Że będzie to wielkie zmartwienie ale i wielka radość. Teraz zaczynała rozumieć… Ale wtedy nie myślała o żadnej miłości, a teraz, dwa miesiące później… Victoria nie rozwinęła myśli, tylko westchnęła, odłożyła kubek na stolik i schowała głowę w kolanach.
– Ale on powiedział, że myślał, że ja chcę – zrozumiała to tak, że Sauriel chciał, żeby jej było miło i że zrobił to dla niej. Gadał też o randkach, czego wcześniej nie robił, no gubiła się w tym dziewczyna. A kiedy powiedziała, ze nie chce udawać, to… Automatycznie przestał. Zresztą później powiedział jej wprost, że nic z tego nie będzie, więc… Raczej nie zrozumiała tego opacznie. Zasady i reguły były potrzebne… ale z drugiej strony bardzo krępowały, jak było widać po Victorii, która w tych zasadach i regułach trwała całe życie i teraz nie wiedziała jak ma podążać. – Wiesz, Laurent. Skoro to ma być mój mąż, to nie chciałam… wiesz. Po prostu być żoną na dokumencie i tyle. Nie chciałam, żeby to wyglądało tak, że dzielimy nazwisko i to wszystko, bo każde ma inne życie, w którym się mija – dlatego pomalutku jakoś to budowała, dlatego też zakończyła pewną część relacji z Laurentem, dlatego zadawała sobie tak wiele trudu w różnych aspektach swojego życia i w ogóle starała się poznać Sauriela. Też coś z tego chciała mieć, tak po prostu, dlatego się na niego otworzyła i pozwoliła sobie na coś, na co nigdy nie dawała sobie przyzwolenia. A potem wpadła do Limbo i ledwo przeżyła tę podróż i… wszystko się skomplikowało. Odetchnęła znowu i nieco podniosła głowę znak dolan, żeby spojrzeć na Laurenta, kiedy zaczął mówić o sobie. Wyglądał, jakby czuł przy tym niepewność i nie czuł się z tym dobrze.
– A czy w tej alternatywnej rzeczywistości jest też miejsce na to, co ty potrzebujesz, a nie tylko na to, co potrzebują inni? – zapytała się po chwili. Ją też tak potraktował? Dawał jej to, co wydawało mu się, że jej potrzeba?