12.10.2023, 19:13 ✶
Ja kochałem Pandorę, ale dziś nie miałem głowy do jej słodkości i delikatności, ani do wypieków, którymi mogłaby mnie raczyć, albo całusów na przywitanie. Normalnie bym się właśnie rozpływał w jej miłości, doceniał, pozwalał łechtać ojcowskiego ego czułościami. Ale nie dziś. Dziś, można by rzec, wchodziłem na wojenną drogę i nie zamierzałem spocząć, póki swych wrogów, wrogów mojej rodziny przy tym, nie zmiotę z powierzchni ziemi. Niestety, moja niechęć przez noc i dzień cały zaczęła się rozrastać w kierunku nienawiści, a potem destrukcji totalnej.
- Pandoro, usiądź naprzeciw. Mamy sprawy do omówienia. Poważne - odparłem chłodno, wskazując jej miejsce naprzeciw biurka. Prewettowski tron w tej chwili przestawał być dla niej dostępny choćby na oparciu, a sprawa wchodziła na drogę oficjalną, nieznoszącą sprzeciwu czy słodkich uśmiechów. Dumny byłem z siebie, że przynajmniej zachowałem chłodny ton i nie wrzeszczałem. Wczoraj mnie trochę ponosiło, rano pracownicy również nie mieli ze mną lekko, a teraz po prostu pozostawałem tykającą bombą. Albo wybuchnę, albo zamilknę.
Umyślnie od samego początku unikałem patrzenia na nią, bo już widziałem oczami wyobraźni jej manipulacje. Nic z tych rzeczy, Pandorko. Żadnej bliskości, żadnych maślanych oczu. Czekałem aż zajmie jeden z mniejszych foteli naprzeciw. Kiedy usiadła, dopiero wtedy zamierzałem kontynuować. W końcu musiała wykonać polecenie, inaczej siedziałem w milczeniu i oczekiwaniu.
- Wybacz, moja droga, ale nowe mechanizmy nie obchodzę mnie w świetle informacji, które okrężną drogą dotarły do mojej osoby - zacząłem, kręcąc głową, bo sobie przypomniałem o jej cieple, kiedy na moment przysiadła obok mnie. Nie mogłem jednak ulegać jej skruszonej twarzy i manipulacjom, nie dziś. To poważna, ważna sprawa była. - Matka ci nie pomoże, bo jest Turcji. Wróci za około tydzień, chyba że będę musiał ją ściągać specjalnie. Kto wie - stwierdziłem niepocieszony, rozważając możliwe opcje. Już miałem przed oczami wizję pilnowania jej przez sztab ochroniarzy, bo raczej Aydayka byłaby niewystarczająca w tej sytuacji.
- Doszły mnie słuchy, że się spotykasz. Z MĘŻCZYZNĄ! - powiedziałem i właściwie wstałem z tym ostatnim słowem, a twarz moja była wzburzona. Tak wzburzona, jak musiała być twarz samego Posejdona, kiedy zalewał na wieczność niezwykłą Atlantydę. - Wytłumacz się!
Wbijałem w nią spojrzenie i od razu tego żałowałem, bo była tam taka drobna i biedna. Ale mnie krew zalewała, tak, krew mnie zalewała, kiedy myślałem o tym, że jakiś typ rościł sobie prawa do mojej Pandorki albo jej dotykał, albo chociażby uśmiechał się przymilnie w jej towarzystwie. Jak nic, zamknę ją w wieży i będę mógł być spokojny.
- Pandoro, usiądź naprzeciw. Mamy sprawy do omówienia. Poważne - odparłem chłodno, wskazując jej miejsce naprzeciw biurka. Prewettowski tron w tej chwili przestawał być dla niej dostępny choćby na oparciu, a sprawa wchodziła na drogę oficjalną, nieznoszącą sprzeciwu czy słodkich uśmiechów. Dumny byłem z siebie, że przynajmniej zachowałem chłodny ton i nie wrzeszczałem. Wczoraj mnie trochę ponosiło, rano pracownicy również nie mieli ze mną lekko, a teraz po prostu pozostawałem tykającą bombą. Albo wybuchnę, albo zamilknę.
Umyślnie od samego początku unikałem patrzenia na nią, bo już widziałem oczami wyobraźni jej manipulacje. Nic z tych rzeczy, Pandorko. Żadnej bliskości, żadnych maślanych oczu. Czekałem aż zajmie jeden z mniejszych foteli naprzeciw. Kiedy usiadła, dopiero wtedy zamierzałem kontynuować. W końcu musiała wykonać polecenie, inaczej siedziałem w milczeniu i oczekiwaniu.
- Wybacz, moja droga, ale nowe mechanizmy nie obchodzę mnie w świetle informacji, które okrężną drogą dotarły do mojej osoby - zacząłem, kręcąc głową, bo sobie przypomniałem o jej cieple, kiedy na moment przysiadła obok mnie. Nie mogłem jednak ulegać jej skruszonej twarzy i manipulacjom, nie dziś. To poważna, ważna sprawa była. - Matka ci nie pomoże, bo jest Turcji. Wróci za około tydzień, chyba że będę musiał ją ściągać specjalnie. Kto wie - stwierdziłem niepocieszony, rozważając możliwe opcje. Już miałem przed oczami wizję pilnowania jej przez sztab ochroniarzy, bo raczej Aydayka byłaby niewystarczająca w tej sytuacji.
- Doszły mnie słuchy, że się spotykasz. Z MĘŻCZYZNĄ! - powiedziałem i właściwie wstałem z tym ostatnim słowem, a twarz moja była wzburzona. Tak wzburzona, jak musiała być twarz samego Posejdona, kiedy zalewał na wieczność niezwykłą Atlantydę. - Wytłumacz się!
Wbijałem w nią spojrzenie i od razu tego żałowałem, bo była tam taka drobna i biedna. Ale mnie krew zalewała, tak, krew mnie zalewała, kiedy myślałem o tym, że jakiś typ rościł sobie prawa do mojej Pandorki albo jej dotykał, albo chociażby uśmiechał się przymilnie w jej towarzystwie. Jak nic, zamknę ją w wieży i będę mógł być spokojny.