Tak, do czegoś takiego potrzeba było najpewniej lat. Z Victorii też nie był żaden znawca psychologii, mogła się tylko opierać na własnym doświadczeniu. Na przykład Laurent nieco podniósł jej samoocenę, może i tego potrzebowała, ale wcale tego nie oczekiwała w tamtej relacji, to działo się naturalnie. Ale też zupełnie nie patrzyła na to jak na wymyśloną rzeczywistość i nie chciała żadnego udawania, żeby na przykład teraz okazało się, ze wszystko co jej wtedy mówił, to nieprawda i ułuda żeby było miło. Już i tak jej pewność siebie zjechała na dół, zwłaszcza kiedy w lustrze widziała blizny, które szpeciły jej ciało. I oczywiście, że nie chciała samotności, chciała mieć kogoś, na kim mogłaby się oprzeć, i ta osoba mogłaby na niej… Przyjaciele prędzej czy później założą swoje rodziny i…
Zostaje się samemu, tak?
Ciągłe zapewnienia były pomocne. Przynajmniej dla niej. Ale od strony, od której ich chciała i potrzebowała nie nadchodziły.
– Jestem warta dokładnie tyle, ile inni są w stanie za mnie dać – niekoniecznie pieniędzy bo nie chodziło jej o kupno, nie była przecież na sprzedaż, chociaż jej rodzina zachowywała się trochę jakby była. Ale ludzie byli gotowi za nią dać wielkie nic, tyle więc była warta, zwłaszcza w swoich oczach. Skoro nie było innych podstaw do oceny, to takie właśnie były wnioski – pełne czerni i negatywu. – Tak, złamałoby, wiem – wtedy musiałaby wybierać: miłość, czy rodzina. A czy ta miłość by przetrwała, jeśli na przykład odprawiliby ją z kwitkiem? Może ostatecznie zostałaby z niczym: bez rodziny, bez nazwiska, bez wszystkiego na co pracowała i bez miłości. A teraz była z czym? Z zarysowanym sercem, gdzieniegdzie nadkruszonym, na granicy swojej własnej wytrzymałości, gotowa rzucić to wszystko w cholerę…A to też nie był przecież łatwy i szybki proces. A może był? Może na start powinna oznajmić, że to wszystko pierdoli i się wyprowadza? I wtedy co…? Zostałaby całkiem sama. Wracałaby do pustego domu i pogrążałaby się w samotności każdego wieczoru i każdego poranka. I chciałaby usłyszeć od matki coś miłego. Trochę lepiej jej było z myślą, ze sprawy tego zabójcy co łazi we snach nie zbagatelizowała i nie uznała, że Victoria wymyśla. Nie robiła też problemów z wyjazdem na kilka dni. – Nie wiem co mam zrobić – wyszeptała.
A po chwili się skrzywiła i zmarszczyła.
– Tak. I przepowiadanie przyszłości, albo cokolwiek tam sobie umyśliła, bez wyraźnej zgody drugiej strony powinno być nielegalne i karane. Jakbym chciała wiedzieć co tam może sobie na mnie czekać, to bym poszła do wróżbity albo jasnowidza, a nie chodzę. Więc jakim prawem ta… ta dziwka przychodzi do mnie i mi coś mówi na mój temat? – Victoria nie używała takich słów poza pracą, gdzie musiała mówić językiem rynsztoka z informatorami. A jednak powiedziała, bo była naprawdę wzburzona i zdenerwowana, że Szeptucha rościła sobie prawo do tego, by wypowiadać na głos rzeczy, których Victoria nie chciała wiedzieć. – Oczywiście, że nie powiedziała nic dobrego – kolejny gorzki uśmiech. Nie wiedziała, czy to była przepowiednia, wróżba, czy czarnowidztwo – po prostu denerwowało ją, że ktoś to robił bez pytania. Dopóki o tym nie pamiętała, to było dobrze.
– Och Laurent – mruknęła i wyciągnęła dłoń do jego policzka. – Mam nadzieję, że wiesz, że nie wszystko jest tą bajką – na przykład to co ona mu zawsze mówiła… nic z tego nie było fałszywe. I nie mówiła tego, żeby jemu było miło. Mówiła to, co myślała. – Nie wszystko jest fałszywe i ulotne – dodała ciszej.