11.11.2022, 16:26 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.11.2022, 16:57 przez Florence Bulstrode.)
- Tak mówisz? A może z policjantami? Doskonały pomysł, Atri. Od jutra odwiedzam cię w Departamencie trzy razy w tygodniu w porze lunchu, muszę poznać twoich kolegów z pracy i zwiedzić wszystkie tamtejsze schowki. Przy okazji będę wszystkich pytać, czy mój mały braciszek jest grzecznym chłopcem i załamywać ręce, gdy odpowiedzą, że nie - poinformowała Florence, a i owszem, kiedy Atreus postarał się wstać, nie tylko się nie odsunęła, ale bezlitośnie pchnęła go z powrotem na ławkę. Gdyby nie posłuchał, użyłaby po prostu różdżki, korzystając z tej przewagi, że przed jego oczyma zapewne wirował świat, a przed jej: nie.
Nie dziwiło jej, że wiedział, co robiła. W końcu odpowiedziała na jego słowa, zanim jeszcze je wypowiedział, więc nawet żadne miny nie były tutaj potrzebne. A znał ją dość długo, by taką ewentualnie móc wyłapać...
- Nie siedzę w twojej głowie, tylko w twojej przyszłości. A z niej wynika mi z niezbicie, że jak cię stąd puszczę, zemdlejesz najdalej na schodach. - I to pomimo tego, że rzuciła już zaklęcia, które powinny anulować efekty słabszych czarów. Florence tego nijak po sobie nie pokazywała, ale stan brata niepokoił ją coraz bardziej. On się nie wyrywał! Nie uciekał! Nie protestował nawet tak mocno, jak się już zdarzało. Nie musiała ani go unieruchamiać, ani grozić, że opowie kolegom o wszystkich dziecięcych, głupich wybrykach i pomysłach... Może i odpowiadała na jego złośliwostki, ale to wcale nie znaczyło, że nie martwiła się o Atreusa. Oczywiście, że się martwiła. Ba, gdyby nie sytuacja, już wolałaby tu innego uzdrowiciela, tak na wszelki wypadek.
- Do tego nie mogę dopuścić, będę się potykać o twoje ciało, przechodząc między oddziałami.
Oczywiście, że nie przestała szukać wszystkiego, co mogła znaleźć w jego przyszłości. Bo poza planami na jutro mogła przy okazji dowiedzieć się, jakie potencjalnie mają skutki klątw, którymi oberwał, skoro nie chciał współpracować i powiedzieć, co dokładnie go boli, jak bardzo i czym oberwał.
- Świetnie, cegłówką w łeb. Aby nie zmądrzałeś od tego? Czy to próżne nadzieje? Pokaż głowę. Na litość Merlina, mogli po prostu pozwolić temu marszowi przejść, przecież i tak by nic nie zmienił - mruknęła, upewniając się, czy Bulstrode faktycznie nie oberwał czymś w głowę. Sam sobie winny, skoro to zasugerował. Może przyjęła strategię, że będzie traktować wszystkie jego żarty poważnie, to on wreszcie wskaże jasno, jeśli ona coś przegapi?
Najwyraźniej ich zdanie o charłakach było podobne. Florence była trochę bardziej miękka od brata (w co jednak nie uwierzyłby nikt w szpitalu, a może i w rodzinie), nawet współczuła dzieciakom i dorosłym pozbawionym talentu, ale żyli w świecie czarodziejów, więc nikt nie mógł oczekiwać, że nagle dostosują go do osób magii nie posiadających. Za duże ryzyko ujawnienia. Ale ciskanie zaklęć w tłumie? Ryzykowanie życia i zdrowia? Jaki to miało sens? Tylko ten marsz zapamiętają na dłużej...
Nie wydawała się dotknięcia insynuacjami o tym, jak zdała egzaminy. Taki już był Atreus, a po prawdzie ona wcale nie ustępowała mu złośliwością aż tak bardzo. (Choć trochę owszem, w tej dziedzinie musiała oddać mu pałeczkę pierwszeństwa, była w końcu uzdrowicielką, nie mogła dobijać pacjentów na każdym kroku. W każdym razie w tej rodzinie najmilszą osobą ewidentnie był Orion.
- Teraz przed tobą poważne zadanie. Może największe wyzwanie w twojej karierze. Sześćdziesiąt sekund bez ruszania się i gadania, jeśli chcesz stąd wyjść w ciągu najbliższej godziny - ostrzegła. I najpierw znów zanurkowała w przyszłość, chcąc upewnić się czy posłucha - tylko jeśli tak, zabrała się za kolejne, bardziej skomplikowane zaklęcie.
Nie dziwiło jej, że wiedział, co robiła. W końcu odpowiedziała na jego słowa, zanim jeszcze je wypowiedział, więc nawet żadne miny nie były tutaj potrzebne. A znał ją dość długo, by taką ewentualnie móc wyłapać...
- Nie siedzę w twojej głowie, tylko w twojej przyszłości. A z niej wynika mi z niezbicie, że jak cię stąd puszczę, zemdlejesz najdalej na schodach. - I to pomimo tego, że rzuciła już zaklęcia, które powinny anulować efekty słabszych czarów. Florence tego nijak po sobie nie pokazywała, ale stan brata niepokoił ją coraz bardziej. On się nie wyrywał! Nie uciekał! Nie protestował nawet tak mocno, jak się już zdarzało. Nie musiała ani go unieruchamiać, ani grozić, że opowie kolegom o wszystkich dziecięcych, głupich wybrykach i pomysłach... Może i odpowiadała na jego złośliwostki, ale to wcale nie znaczyło, że nie martwiła się o Atreusa. Oczywiście, że się martwiła. Ba, gdyby nie sytuacja, już wolałaby tu innego uzdrowiciela, tak na wszelki wypadek.
- Do tego nie mogę dopuścić, będę się potykać o twoje ciało, przechodząc między oddziałami.
Oczywiście, że nie przestała szukać wszystkiego, co mogła znaleźć w jego przyszłości. Bo poza planami na jutro mogła przy okazji dowiedzieć się, jakie potencjalnie mają skutki klątw, którymi oberwał, skoro nie chciał współpracować i powiedzieć, co dokładnie go boli, jak bardzo i czym oberwał.
- Świetnie, cegłówką w łeb. Aby nie zmądrzałeś od tego? Czy to próżne nadzieje? Pokaż głowę. Na litość Merlina, mogli po prostu pozwolić temu marszowi przejść, przecież i tak by nic nie zmienił - mruknęła, upewniając się, czy Bulstrode faktycznie nie oberwał czymś w głowę. Sam sobie winny, skoro to zasugerował. Może przyjęła strategię, że będzie traktować wszystkie jego żarty poważnie, to on wreszcie wskaże jasno, jeśli ona coś przegapi?
Najwyraźniej ich zdanie o charłakach było podobne. Florence była trochę bardziej miękka od brata (w co jednak nie uwierzyłby nikt w szpitalu, a może i w rodzinie), nawet współczuła dzieciakom i dorosłym pozbawionym talentu, ale żyli w świecie czarodziejów, więc nikt nie mógł oczekiwać, że nagle dostosują go do osób magii nie posiadających. Za duże ryzyko ujawnienia. Ale ciskanie zaklęć w tłumie? Ryzykowanie życia i zdrowia? Jaki to miało sens? Tylko ten marsz zapamiętają na dłużej...
Nie wydawała się dotknięcia insynuacjami o tym, jak zdała egzaminy. Taki już był Atreus, a po prawdzie ona wcale nie ustępowała mu złośliwością aż tak bardzo. (Choć trochę owszem, w tej dziedzinie musiała oddać mu pałeczkę pierwszeństwa, była w końcu uzdrowicielką, nie mogła dobijać pacjentów na każdym kroku. W każdym razie w tej rodzinie najmilszą osobą ewidentnie był Orion.
- Teraz przed tobą poważne zadanie. Może największe wyzwanie w twojej karierze. Sześćdziesiąt sekund bez ruszania się i gadania, jeśli chcesz stąd wyjść w ciągu najbliższej godziny - ostrzegła. I najpierw znów zanurkowała w przyszłość, chcąc upewnić się czy posłucha - tylko jeśli tak, zabrała się za kolejne, bardziej skomplikowane zaklęcie.