Przeraziła się nie na żarty, kiedy przeczytała artykuł w gazecie. Niewiele myśląc, napisała do Laurenta – to nie był mężczyzna, który wypowiadałby się bez pomyślunku, nie wierzyła, że to jego słowa, widziała już zresztą o sobie samej przekręcone artykuły z informacjami z dupy za przeproszeniem i miała poważne wątpliwości, czy Laurent rzeczywiście to powiedział. Natomiast nieistotne było, czy faktycznie tak powiedział, czy nie, ważne było, co zostało wydrukowane w gazecie i jakie to mogło mieć konsekwencje. Albo żadne, albo wręcz przeciwnie… A Laurent nie był przeszkolony, by sobie z takimi przypadkami radzić. Był, jakby tego nie nazywać, cywilem. Kiedy więc nie dostała zwrotnie żadnej sowy, to zamiast wrócić do domu, po prostu planowała teleportować się do New Forest – i tak właśnie natknęła się na Brennę. I teraz z cichym pyknięciem wylądowały obok siebie, niedaleko wejścia do domu Laurenta, a niedaleko teleportował się ktoś jeszcze.
Victoria, ciągle w czarnym mundurze aurora (jako, że nie traciła czas na przebieranie się), też wciąż miała w dłoni różdżkę, gotowa rzucić zaklęcie, jednak kobieta nie zrobiła żadnej dziwnej rzeczy – po prostu odwróciła się, ewidentnie zła jak osa, i zwróciła się do nich. Do Brenny, a potem…
Och. No tak.
– Cześć. Tak, Victoria Lestrange – przedstawiła się Pandorze, o której też to i owo słyszała, i uśmiechnęła się do niej krótko. Ona i Laurent byli jak ogień i woda, zupełnie do siebie niepodobni z wyglądu (prócz tego, że oboje mieli w sobie piękno i urok) i z charakteru… Najwyraźniej też nie. Ale to było tylko krótkie pierwsze wrażenie. – Nie wiem czy zignorował. Może wysłał sowę do mnie do domu, a nie do pracy – stwierdziła krótko, bo nie miała Laurenta za osobę, która list zignoruje. Zwłaszcza nie w takiej sytuacji. Powstrzymała się też przed komentarzem na temat potencjalnego udaru mózgu – bo ufała, że niczego takiego nie powiedział i było to jedynie… cholernie niebezpiecznie… niedomówienie. Była tutaj, bo się martwiła. Tak na wszelki wypadek. Do cholery – była aurorem, widziała już to i owo, ze Śmierciożercami nie można było pogrywać, niemądrze byłoby też ich zignorować.
Tylko, że totalnie nie spodziewała się, że otworzy im… Atreus. Otworzyła szerzej oczy ze zdziwienia, kiedy pogonił je przez drzwi do środka i weszła, zapewne ostatnia, zamykając za sobą drzwi.
– A gdzie Laurent? – zapytała, bo go nigdzie nie widziała. Schował się, kiedy Atreus poszedł otworzyć drzwi…?