Parszywa pogoda. A jednak Esmé uważał ją za jedną ze swoich ulubionych. W dni takie jak ten mógł rozsmakować się w swojej melancholii, w życiu przeszłością i wielokrotnym pytaniu samego siebie "a co gdyby?". Był w tym jakiś urok. Ta szaruga romantyzowała coś, co w piękny, słoneczny dzień było niczym kula u nogi. Ten smutek, który w dziwaczny sposób był całkiem przyjemny. Taki... na miejscu. Jakby ten rodzaj pogody stworzony był dla tego rodzaju ludzi.
Ponownie zaczynało padać, gdy już wychodził ze swojej pracowni. Zarzucił na ramiona cienki płaszczyk o barwie kawy z mlekiem, przewiesił przez szyję ciemnobrązowy, również cienki szalik i... wyszedł. Bez parasola. Pozwalając sobie trochę zmoknąć. Deszcz co chwilę wzmagał się i ustępował, zaś sam rzemieślnik sprytnie przechadzał się uliczkami tak, by przez większość czasu być osłoniętym w ten lub inny sposób. Wcale nie był bardzo przemoczony, gdy ze stukotem swoich skórzanych, brązowych, krótkich kowbojek wszedł do kawiarenki, by zaraz zająć miejsce przy ladzie. Przeczesał palcami włosy, które częściowo mokre pozlepiały się, niesfornie opadając to na boki, to na czoło. Wciąż jednak w głównej mierze były suche. Esmé, zanim jeszcze złożył zamówienie, to zaczął szukać czegoś po kieszeniach - nie znalazł tego w płaszczu, a dopiero w kieszonce białej koszuli, którą miał na sobie. Papierośnica. Czarna i skórzana. Zaraz zaczął sprawdzać po spodniach - ciemnych, idealnie skrojonych i eleganckich. Mimo tego, że leżały jak ulał, to mężczyzna nosił pasek - z tej samej skóry co buty, z prostokątną, prostą klamrą o dwóch barwach - szczotkowanej stali i oksydowanej stali.
W końcu czarodziej wyciągnął z kieszeni mugolską zapalniczkę - starą, ale zadbaną i odpowiednio odrestaurowaną. Była w barwie mosiądzu. Położył ją na papierośnicy i rozejrzał się po lokalu. Mógł tu palić? Zazwyczaj w kawiarniach właściciele nie mieli z tym problemu, ale czasem nie życzyli sobie, by palić im tuż pod nosem - gdy zasiadało się pod ladą. Esmé nieszczególnie przeszkadzało wkurzenie baristy, ale nie chciał zostać wyproszony. Nie tak szybko.
Po złożonym zamówieniu oparł łokieć o ladę, zacisnął pięść i podparł na niej policzek, spoglądając za szybę lokalu wprost na ulice. Czy na coś patrzył? Nie, nieszczególnie. Widok mokrej ulicy i śpieszących przechodniów stanowił jedynie tło... wcale nie do rozmyślań. Do wyłączenia się. Do pozwolenia umysłowi na ciszę. Na zupełny brak myślenia, a jedynie chłonięcie szumu, niewyraźnych rozmów, stukotu filiżanek i deszczu o szybę.
Wtem padło pytanie. Głośne i wyraźne, które natychmiast wyrwało czarodzieja ze swoistej nirwany. Odpowiedział odruchowo, nieświadomie. "Ja zamawiałem". Ale ktoś wręcz zharmonizował swój głos z jego. Przeniósł swe spojrzenie w kierunku... nieznajomej? Natychmiast Esmé odniósł wrażenie, że skądś zna tę kobietę. Dosłownie tak, jakby widział ją niedawno. Gdzieś... przypadkiem? Nie, nie mogło być to przypadkiem. Rowle miał słabość do jasnowłosych kobiet i zapadały mu w pamięć. Zatem... dlaczego ją kojarzył? Była to zagadka do rozwikłania.
Od razu połapał się w sytuacji - była jedna kawa, a ich dwójka. Prosta pomyłka ze strony stojącej za ladą kobiety. Okazywało się, że nie tylko on lubił po prostu smak kawy, jeżeli miał już ją pić. Na ogół nie przepadał za nią, wolał herbatę, lecz w dni takie jak ten lubił napić się dobrej kawy. Bo ogólnie lubił dobrą, naprawdę dobrą kawę, chociaż sporadycznie. I wtedy liczył się jej smak - niezakłócony mlekiem czy cukrem.
- Ja zamawiałem. - powiedział jeszcze raz do kobiety, ale trzeźwiej, łagodniej. - Dokładniej to dwie. Jedną dla siebie, a drugą dla tej prześlicznej pani. - powiedział miłym tonem, a następnie spojrzał na jasnowłosą, uśmiechając się do niej czarująco. - Zatem poproszę o jeszcze jedną kawę. Czarną i bez cukru. - dodał na koniec, wracając wzrokiem do kobiety, po czym... zabrał papierośnicę i bezczelnie podszedł do nieznajomej, by usiąść tuż obok niej - kładąc swoje manatki przed sobą. Czy było to niestosowne? Zdecydowanie. W końcu... kto normalny w tak bezczelny sposób dosiada się, jakby naprawdę miał prawo wchodzić z butami w czyjąś przestrzeń? Nikt normalny. Esmé. Ten nonszalancki typ, który nie dbał o normy społeczne, a dbał o swoje własne zainteresowania. W tym momencie był zainteresowany skąd kojarzył tę kobietę. Bo skądś ją kojarzył.- Może skusisz się na jakieś ciasto? - zapytał, posyłając jej krótkie, wydawałoby się wesołe spojrzenie. Wydawałoby się, bo właściwie nie uśmiechał się. Ot, było to jedynie takie... wrażenie. - Podobno mają tutaj dobry sernik. - dodał, zaglądając za ladę, jakby chciał znaleźć ów wspomniane ciasto. Na razie po prostu zagadywał. Sprawdzał reakcję i to, co będzie musiał zrobić, żeby rozwikłać zagadkę skąd znał tę kobietę.