13.10.2023, 09:36 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.10.2023, 09:36 przez Sarah Macmillan.)
Przebywanie w obecności Loretty okazało się być czymś, co Macmillan określiła w swojej głowie jako dziwne. Nie chodziło tu o to, że utonęła już w tym wyobrażeniu Loretty jako kogoś do cna złego - jej rodzina nie od wczoraj uważała, że magia była czymś ponad sztywnymi podziałami i manifestacja emocji należała do rzeczy wartych opanowania. Chodziło o jej ogólną aurę, a może bardziej atmosferę, jaką wokół siebie budowała.
Drobna czarownica była prawdopodobnie wszystkim tym, czym Macmillan chciała kiedyś być. Była od Loretty wyższa, przez buty różnica pomiędzy nimi stała się już spora, a jednak czuła się tak mała, tak malutka, że zgarbiła się lekko na jej widok, jakby ciało próbowało przystosować się do tego poczucia absolutnej mniejszości. Perfekcyjnie wymalowana, żeby podkreślić swoje atuty, ubrana w ciuchy od razu zdradzające jej wysoki status, z miną wyrażającą dokładnie tyle, ile chciała innym ukazać. To była kobieta silna, potrafiąca o sobie decydować, prawdopodobnie nie zauważająca wcale problemów, przed jakimi Macmillan stawała codziennie jako przedstawicielka słabszej płci. Loretta była jedną z tych kobiet, które funkcjonowały poza schematami.
Nawet nie zauważyła, że oderwała wzrok od tego obrazu i wlepiła go w twarz panny Lestrange. Nie różniło ich wcale tak dużo lat, kojarzyły się nawet ze szkoły, ale jak to w ogóle wyglądało - jedna z nich posiadła własną galerię i życie o którym inni mogli tylko marzyć, a druga... Druga posiadała matkę, która najchętniej wymieniłaby je miejscami. Coś w duszy mówiło jej, że Orchidea nie pragnęła tylko, aby wyciągnęła z tych lekcji więcej wiedzy o nieczystych sztukach. Matka zapewne chciała, żeby chociaż trochę upodobniła się do Loretty.
Za dużo myślała. Za dużo myślała i za mało mówiła. To nie było u niej normalne... Rozmowy zaczynało się zwykle od „dzień dobry”, „dobry wieczór”, albo „niech będzie pochwalona Matka, Pani Księżyca”, a nie od głębokich pytań, na które nikt nie znał odpowiedzi.
- P-pszyciągnął mój wz'ok.
Odpowiedź pojawiła się po upływie wielu długich i irytujących sekund ciszy z jej strony, była też prawdopodobnie najbardziej oczywistą rzeczą na jaką dało się wpaść. Powiedziawszy to uszczypnęła się w lewe przedramię, ale jak na złość, to jednak nie był sen. To wszystko działo się naprawdę. O bogowie, miejcie ją w swojej opiece, bo będzie potrzebowała dużo siły.
- Złożyłam kilka lat temu śluby czystości. Obiecałam bogini, że nie użyję nigdy plugawej magii.
Nie potrafiła spojrzeć jej po tym w oczy. Patrzenie się na ten wielki sutek też nie wchodziło w grę. Wlepiła więc spojrzenie w swoje buty.
Drobna czarownica była prawdopodobnie wszystkim tym, czym Macmillan chciała kiedyś być. Była od Loretty wyższa, przez buty różnica pomiędzy nimi stała się już spora, a jednak czuła się tak mała, tak malutka, że zgarbiła się lekko na jej widok, jakby ciało próbowało przystosować się do tego poczucia absolutnej mniejszości. Perfekcyjnie wymalowana, żeby podkreślić swoje atuty, ubrana w ciuchy od razu zdradzające jej wysoki status, z miną wyrażającą dokładnie tyle, ile chciała innym ukazać. To była kobieta silna, potrafiąca o sobie decydować, prawdopodobnie nie zauważająca wcale problemów, przed jakimi Macmillan stawała codziennie jako przedstawicielka słabszej płci. Loretta była jedną z tych kobiet, które funkcjonowały poza schematami.
Nawet nie zauważyła, że oderwała wzrok od tego obrazu i wlepiła go w twarz panny Lestrange. Nie różniło ich wcale tak dużo lat, kojarzyły się nawet ze szkoły, ale jak to w ogóle wyglądało - jedna z nich posiadła własną galerię i życie o którym inni mogli tylko marzyć, a druga... Druga posiadała matkę, która najchętniej wymieniłaby je miejscami. Coś w duszy mówiło jej, że Orchidea nie pragnęła tylko, aby wyciągnęła z tych lekcji więcej wiedzy o nieczystych sztukach. Matka zapewne chciała, żeby chociaż trochę upodobniła się do Loretty.
Za dużo myślała. Za dużo myślała i za mało mówiła. To nie było u niej normalne... Rozmowy zaczynało się zwykle od „dzień dobry”, „dobry wieczór”, albo „niech będzie pochwalona Matka, Pani Księżyca”, a nie od głębokich pytań, na które nikt nie znał odpowiedzi.
- P-pszyciągnął mój wz'ok.
Odpowiedź pojawiła się po upływie wielu długich i irytujących sekund ciszy z jej strony, była też prawdopodobnie najbardziej oczywistą rzeczą na jaką dało się wpaść. Powiedziawszy to uszczypnęła się w lewe przedramię, ale jak na złość, to jednak nie był sen. To wszystko działo się naprawdę. O bogowie, miejcie ją w swojej opiece, bo będzie potrzebowała dużo siły.
- Złożyłam kilka lat temu śluby czystości. Obiecałam bogini, że nie użyję nigdy plugawej magii.
Nie potrafiła spojrzeć jej po tym w oczy. Patrzenie się na ten wielki sutek też nie wchodziło w grę. Wlepiła więc spojrzenie w swoje buty.
she is passion embodied,
a flower of melodrama
in eternal bloom.
a flower of melodrama
in eternal bloom.