16.10.2023, 18:35 ✶
Dolohov powitał kolejną Lestrange przyjaznym uśmiechem.
- Dobrze cię widzieć, Victorio - powiedział spokojnie, bardzo przyjaznym tonem głosu. - Miałaś już okazję poznać Lyssę?
To było upokarzające, skrajnie upokarzające jak dokładnie znał rodzinę swojej żony. Wiedział o niej wszystko, studiował każdy detal jej cholernego życia. Na wszystkich bogów, w których wierzyli ci lokalni druidzi, na Kosmos, na Wszechświat, na Absolut, jak on tej kobiety nienawidził za to, że przez sześć lat życia, zamiast kontynuować badania z należytą intensywnością, wracał wcześniej do domu, żeby robić do niej maślane oczy i analizować jej drzewo genealogiczne. Doprowadziło to do tego, że żywił rzeczywistą niechęć do takiej na przykład Victorii, która nic mu przenigdy nie zrobiła. Po prostu sobie siedziała, przywitała się z nim uprzejmie, nawet jeżeli miała jego egzystencję głęboko w dupie. A on, gdyby tylko świat działał tak jak w jego marzeniach sennych, bardzo chętnie złapałby ją za włosy i przejechał jej twarzą o stojący przed nimi stoliczek. I wciąż - to nie była jej wina. Ale ta nienawiść była tak żywa, tak pieruńsko irytująca.
A jednak siedział tutaj i rozmawiał o jakiś dyrdymałach z jej bliskimi. Z tych wszystkich ludzi, najbliżej mu było charakterem do Eden. Oby się nigdy z Williamem nie rozwiodła, to przynajmniej jedna twarz na zjazdach rodzinnych nie będzie wywoływała w nim udaru.
- Nie wydaje mi się, aby było to jakkolwiek ciekawe widowisko. - Nie mówił tego z fałszywą skromnością. - Prawda jest taka, że ludzie zaskoczeni są dopiero wtedy, kiedy te wróżby się sprawdzają i uważam to za całkowicie zrozumiałe.
Kiedy skończył mówić i przerwał kontakt wzrokowy, spojrzał się na Lorettę, która na walkę o własny honor przyszła ubrana jak kompletne kurwisko. Opuścił okulary na nos, chcąc sprytnie ukryć zerkanie w jej kierunku, bo bał się, że znowu zrobi jakąś pogardliwą minę. Na szczęście jego twarz pozostała niewzruszona.
- Jeśli komuś masz dziękować - zwrócił się do Victorii - podziękuj raczej wszechświatowi. Ewidentnie miał wam tego dnia coś do przekazania... ugh - zmarł na moment, obserwując początek pojedynku. Był potwornym snobem, nienawidził brudnych miejsc, a z potencjalnie niebezpiecznej sytuacji uciekłby pierwszy. Możliwe, że powinien się wzbronić przed tym stęknięciem, ale chyba nikt się nie spodziewał po człowieku kojarzonym ze stosem książek, że będzie wielkim fanem okładania się po mordzie. Na szczęście Eden rzuciła czymś błyskotliwym, mógł się tak bardzo nie skupiać na swojej osobistej porażce. Zamiast tego zmarszczył brwi, kiedy zauważył, że...
- ...faktycznie przyszliśmy tutaj wszyscy bez naszych połowic.
Może teraz siedzą gdzieś w Little Hangleton i się z nich nabijają, że tu przyszli? Kurwa, ale by był zły. Ale młody Rookwood średnio pasował mu do kiszenia się razem z nimi w piwnicy. No, chyba że on był teraz przypięty do krzesła, a oni nacinali jego skórę i wylewali na rany jakieś nowe receptury, które trzeba było przetestować na kimś żywym.
Korzystając z okazji... udał, że dopiero co zauważył tę nieszczęsną Lorettę. Jeżeli nawiązała z nimi kontakt wzrokowy, spojrzał na nią ciepło, ale zza ciemnych szkieł, ukrywających wcześniej skrajne niedowierzanie.
- Dobrze cię widzieć, Victorio - powiedział spokojnie, bardzo przyjaznym tonem głosu. - Miałaś już okazję poznać Lyssę?
To było upokarzające, skrajnie upokarzające jak dokładnie znał rodzinę swojej żony. Wiedział o niej wszystko, studiował każdy detal jej cholernego życia. Na wszystkich bogów, w których wierzyli ci lokalni druidzi, na Kosmos, na Wszechświat, na Absolut, jak on tej kobiety nienawidził za to, że przez sześć lat życia, zamiast kontynuować badania z należytą intensywnością, wracał wcześniej do domu, żeby robić do niej maślane oczy i analizować jej drzewo genealogiczne. Doprowadziło to do tego, że żywił rzeczywistą niechęć do takiej na przykład Victorii, która nic mu przenigdy nie zrobiła. Po prostu sobie siedziała, przywitała się z nim uprzejmie, nawet jeżeli miała jego egzystencję głęboko w dupie. A on, gdyby tylko świat działał tak jak w jego marzeniach sennych, bardzo chętnie złapałby ją za włosy i przejechał jej twarzą o stojący przed nimi stoliczek. I wciąż - to nie była jej wina. Ale ta nienawiść była tak żywa, tak pieruńsko irytująca.
A jednak siedział tutaj i rozmawiał o jakiś dyrdymałach z jej bliskimi. Z tych wszystkich ludzi, najbliżej mu było charakterem do Eden. Oby się nigdy z Williamem nie rozwiodła, to przynajmniej jedna twarz na zjazdach rodzinnych nie będzie wywoływała w nim udaru.
- Nie wydaje mi się, aby było to jakkolwiek ciekawe widowisko. - Nie mówił tego z fałszywą skromnością. - Prawda jest taka, że ludzie zaskoczeni są dopiero wtedy, kiedy te wróżby się sprawdzają i uważam to za całkowicie zrozumiałe.
Kiedy skończył mówić i przerwał kontakt wzrokowy, spojrzał się na Lorettę, która na walkę o własny honor przyszła ubrana jak kompletne kurwisko. Opuścił okulary na nos, chcąc sprytnie ukryć zerkanie w jej kierunku, bo bał się, że znowu zrobi jakąś pogardliwą minę. Na szczęście jego twarz pozostała niewzruszona.
- Jeśli komuś masz dziękować - zwrócił się do Victorii - podziękuj raczej wszechświatowi. Ewidentnie miał wam tego dnia coś do przekazania... ugh - zmarł na moment, obserwując początek pojedynku. Był potwornym snobem, nienawidził brudnych miejsc, a z potencjalnie niebezpiecznej sytuacji uciekłby pierwszy. Możliwe, że powinien się wzbronić przed tym stęknięciem, ale chyba nikt się nie spodziewał po człowieku kojarzonym ze stosem książek, że będzie wielkim fanem okładania się po mordzie. Na szczęście Eden rzuciła czymś błyskotliwym, mógł się tak bardzo nie skupiać na swojej osobistej porażce. Zamiast tego zmarszczył brwi, kiedy zauważył, że...
- ...faktycznie przyszliśmy tutaj wszyscy bez naszych połowic.
Może teraz siedzą gdzieś w Little Hangleton i się z nich nabijają, że tu przyszli? Kurwa, ale by był zły. Ale młody Rookwood średnio pasował mu do kiszenia się razem z nimi w piwnicy. No, chyba że on był teraz przypięty do krzesła, a oni nacinali jego skórę i wylewali na rany jakieś nowe receptury, które trzeba było przetestować na kimś żywym.
Korzystając z okazji... udał, że dopiero co zauważył tę nieszczęsną Lorettę. Jeżeli nawiązała z nimi kontakt wzrokowy, spojrzał na nią ciepło, ale zza ciemnych szkieł, ukrywających wcześniej skrajne niedowierzanie.
with all due respect, which is none