Strach. W ostatnim czasie bardzo często gościł w jej sercu, znalazł w nim ciepłe miejsce, w którym stworzył dla siebie legowisko. Zatruwał jej umysł, gnębił jej myśli, tworząc w pewnym sensie paranoję w jej głowie. Bała się wychodzić na ulice, bała się wracać w nocy do domu, bo ciągle się myślała, że ktoś wyjdzie zza rogu i ją zaatakuje. Zaatakowali Beltane, to czemu nie zrobią tego na ulicy? Jeden atak już przeżyła, a prawie każda noc kończy się tym, że budzi się spocona. Kto ją zaatakował, dlaczego, co jej zrobił i czemu tego nie pamięta? Augustus ciągle powtarzał jej, że miała wybrać się do Ministerstwa, zgłosić te rany i atak, ale nie wiedziała, co miała zrobić. Nie chciała zaprzątać Brennie głowy, bo to właśnie do niej by się udała. Potem Rookwood znowu pojawił się w jej życiu, pomógł zdjąć klątwę, a ona nie wiedziała jak miała się wobec tego odnieść. Dostała nawet zaproszenie na kolacje w ramach podziękowania za uratowanie dupska z przekleństwa. Tylko dlaczego te wszystkie emocje, które w niej buzowały wróciły ze zdwojoną siłą i kierowały się w stronę jej przyjaciela? Nie wiedziała jak miała go określać, jak się wobec niego zachować, jak o nim myśleć? Czuła się cholernie źle, wątpliwości chodziły po jej głowie, strach gnieździł się w jej sercu, paranoja zaglądała przez ramie. Zbliżało się lato, a ona cały czas miała problemy wokół siebie. Wiedziała, że inni mieli gorzej, wiedziała, że sporo osób borykało się ze stratą bliskich ludzi, a to co przeżywała było niczym w porównaniu do prawdziwych problemów. Nie potrafiła sobie z tym jednak poradzić, a Augustus nie ułatwiał jej sprawy. Czemu nie mógł zrzucić ich relacji do poziomu biznesowego? Dlaczego nie mógł po prostu kupować tych większych dawek eliksirów i je ćpać bez jej wiedzy, bez jej ingerencji, bez kolacji? Była na niego wściekła, ale nie potrafiła tej złości nigdzie z siebie wyrzucić.
Gdy dostała list od Sauriela chciała go wyrzucić, chciała spalić i podeptać, bo sama świadomość, że był to kuzyn przeklętego Rookwooda sprawiała, że była zła, ale potem uświadomiła sobie, że Zagubiony Kot po prostu wyciągnął do niej rękę po pomoc, a ona nie potrafiła nikomu odmówić w potrzebie, dlatego też zgadzała się na te wszystkie spotkania z Augustusem, dlatego raniła swoje serce, aby z nim spędzać czas. Nie potrafiła zrozumieć czemu to tak boli, ale musiała się z tym pogodzić, tak? Złości jednak nie wyrzuciła na dobre. Przeniosła się pod posiadłość Rookwoodów punktualnie o tej godzinie o jakiej miała się zjawić. Powinna przenieść to spotkanie do jej domu, albo do jakiegoś zacisznego miejsca, ale nie powinna zjawiać się tutaj z ryzykiem spotkania jej przyjaciela, jego żony, albo dzieci. Była jednak ciekawa jak on żyje, a takie zaproszenie nie zdarza się dwa razy. Czuła się jak zdrajca, gdy zbliżała się do drzwi wejściowych. Jutro będzie miała iść na kolacje z żonatym człowiekiem, który otoczył to spotkanie nutką tajemnicy. Nie spotykają się w końcu w jakiejś restauracji czarodziejskiej, a w mugolskiej – z dala od oczu, które mogłyby ich rozpoznać. Zapukała w drzwi trzy razy i czekała, aż ktoś jej otworzy. Po chwili drzwi się uchyliły i pojawił się skrzat. Przedstawiła się i powiedziała do kogo przyszła, od razu została poprowadzona do odpowiedniego pomieszczenia.
Avelina miała włosy związane w luźnego koka na tyle głowy, ubrana była w jasne szerokie spodnie i koszulkę z krótkim rękawem z motywem stokrotek. Pachniała jak zwykle lawendą i czymś co kojarzyło się z kominkiem lub paleniskiem pod kociołkami. Zapach w miarę przyjemny, a lawenda zdecydowanie dominowała w tym wszystkim. Usta jak zwykle pomalowane na czerwono. Nie miała żadnego makijażu, jej rzęsy z natury są ciemne i nie potrzebują ulepszaczy. Na ramieniu wisiała stara torba, którą Avelina nie potrafiła wyrzucić i nosiła ze sobą wszędzie, mimo upływu lat była jednak zadbana. Na jego pierwsze słowa kącik jej ust uniósł się lekko ku górze. Złość powoli mijała. Sauriel miał w sobie coś z kociego demona, co powodowało, że Avelina zaczynała się nawet dobrze czuć.
– Bratnia duszo – na jej ustach igrał delikatny uśmiech, który raczej był ciężki do zrozumienia, mógł wyglądać na złośliwy, ale Sauriel doskonale zdawał sobie sprawę, że Paxton nie była złośliwym człowiekiem. Wręcz zawsze była pomocna. Mógł też jednak pamiętać, że oprócz bycia dobrą była też sarkastyczna – zdajesz sobie sprawę, że transmutacja jest trudna, a o animagii już nie wspomnę? Jakie są twoje umiejętności w zakresie transfiguracji? Potrafisz zamienić chociaż zapałkę w igłę? – kontynuowała przyglądając się mu uważnie. Szybko, rzeczowo, trochę oschle, bo nadal czuła w sobie cień strachu z powodu przebywania tutaj, z powodu tego, że za chwilę mógł tu wejść Augustus, jego żona lub dzieci.