13.10.2023, 22:38 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.10.2023, 22:38 przez Sarah Macmillan.)
L'appel du vide, przeczytała kiedyś, zew pustki. Wydawało jej się, że czuła go dotychczas tylko wtedy, kiedy się wpatrywała w przepaść, albo chodziła po naprawdę wysokich schodach, dlatego tak bardzo bała się wysokości, ale do listy rzeczy przerażających i jednocześnie pobudzających wyobraźnię mogła doliczyć zetknięcie z tym przeklętym, tnącym jak brzytwa uśmiechem Loretty Lestrange. Było w niej coś bardzo onieśmielającego i to coś sprawiało, że czuła się, jakby drobna dłoń miała za moment zacisnąć się na jej szyi, odebrać jej tchnienie. Byłoby jak wtedy, kiedy ją w ataku Śmierciożerców przygniotła półka sklepowa i myślała, że lada moment odpłynie w niebyt.
Ale Loretta wcale nie zamierzała jej zabić. Przynajmniej nie w dosłownym tego słowa znaczeniu, a może bardziej, nie miała zamiaru zabijać jej, chciała zabić coś, co w niej tkwiło. Pozbawienie Sary ostatniej iskry dobroci wydawało się jednak niemożliwe. No bo jak? Nigdy przez całe życie nie udało jej się wykrzesać choćby iskry z czubka różdżki, kiedy celowała w czyimś kierunku. Krzywda odrzucała ją o wiele bardziej niż nieistnienie.
- Chruciatusa? Lohretto, przecież ja nawet nie wypowiem jego inkantacji.
Pierwszy raz w życiu wada wymowy wydawała się być jej siłą, a nie jedynie żenującą zawadą odbierającą jej resztki powagi. Jak się mocno skupiła, to umiała takie słowa wymówić poprawnie, czasami już za dziesiątym razem, ale co to w ogóle zmieniało przy rzucaniu zaklęć.
Miała ochotę ją wyśmiać. Mogła stąd po prostu pójść, przecież skoro i tak postanowiono wydać ją za mąż, to nie mogli mieć nad nią takiej władzy, a ten cały Leviathan nie wyglądał na kogoś, kogo jakkolwiek obchodziło to czym zajmuje się po godzinach. Mogła. Ale przecież jak stąd sobie pójdzie, jak porzuci zadanie dane jej przez matkę, zniszczy sobie resztki dogorywającej relacji, to możliwe, że w jakimś stopniu utraci kowen. A poza kowenem Sarah nie miała absolutnie nic. Lepszym pomysłem było udowodnienie tego, jak idiotyczny był to pomysł od samego początku.
I dlatego usiadła naprzeciw Loretty, z nogami założonymi na siebie i rękoma splecionymi na brzuchu.
- Wyjmiesz ze mnie co? Lęk wysokości? Pszestszeń nie wzbudza we mnie żadnego gniewu. Wybaczam wszystkim, nawet tym, którzy mnie skrzywdzili.
Ale Loretta wcale nie zamierzała jej zabić. Przynajmniej nie w dosłownym tego słowa znaczeniu, a może bardziej, nie miała zamiaru zabijać jej, chciała zabić coś, co w niej tkwiło. Pozbawienie Sary ostatniej iskry dobroci wydawało się jednak niemożliwe. No bo jak? Nigdy przez całe życie nie udało jej się wykrzesać choćby iskry z czubka różdżki, kiedy celowała w czyimś kierunku. Krzywda odrzucała ją o wiele bardziej niż nieistnienie.
- Chruciatusa? Lohretto, przecież ja nawet nie wypowiem jego inkantacji.
Pierwszy raz w życiu wada wymowy wydawała się być jej siłą, a nie jedynie żenującą zawadą odbierającą jej resztki powagi. Jak się mocno skupiła, to umiała takie słowa wymówić poprawnie, czasami już za dziesiątym razem, ale co to w ogóle zmieniało przy rzucaniu zaklęć.
Miała ochotę ją wyśmiać. Mogła stąd po prostu pójść, przecież skoro i tak postanowiono wydać ją za mąż, to nie mogli mieć nad nią takiej władzy, a ten cały Leviathan nie wyglądał na kogoś, kogo jakkolwiek obchodziło to czym zajmuje się po godzinach. Mogła. Ale przecież jak stąd sobie pójdzie, jak porzuci zadanie dane jej przez matkę, zniszczy sobie resztki dogorywającej relacji, to możliwe, że w jakimś stopniu utraci kowen. A poza kowenem Sarah nie miała absolutnie nic. Lepszym pomysłem było udowodnienie tego, jak idiotyczny był to pomysł od samego początku.
I dlatego usiadła naprzeciw Loretty, z nogami założonymi na siebie i rękoma splecionymi na brzuchu.
- Wyjmiesz ze mnie co? Lęk wysokości? Pszestszeń nie wzbudza we mnie żadnego gniewu. Wybaczam wszystkim, nawet tym, którzy mnie skrzywdzili.
she is passion embodied,
a flower of melodrama
in eternal bloom.
a flower of melodrama
in eternal bloom.