13.10.2023, 23:01 ✶
Uniosła brew w akcie szczerego zaskoczenia, gdy ojciec pozostał autentycznie niewzruszony jej powitaniem, co młoda czarownica uznała za dość przykre i obraźliwie. Pożegnania i powitania zawsze wydawały się jej ważne, bo przecież nigdy nie wiadomo, kiedy spotykasz drugiego człowieka ostatni raz. A on fuka na nią, jak wściekła papuga. Uniosła dłonie w obronnym geście, snując już w głowie przeraźliwie traumatyczne scenariusze i wstała ostrożnie, cofając się i zajmując miejsce naprzeciw niego, na wygodnym fotelu przed biurkiem. Usiadła prosto, oparła dłonie na kolanach, jak na prawdziwą damę przystało i zadarła dumnie podbródek, wbijając w niego wzrok. Zaciekawiony, zaskoczony, może też odrobinę poirytowany, bo kto to widział, żeby ojciec witał tak córkę po tylu tygodniach? Zwilżyła usta, przekręcając głowę na bok.
- Słucham Tatusiu? Co się stało? - zapytała poważniej, równie chłodno, co on. Byli do siebie bardziej podobni, niż ludzie pierwotnie zakładali. Obydwoje mieli silny charakter. Nie omieszkała jednak poruszyć się, korzystając z chwilowego milczenia tworzącego gęstą i nieprzyjemną atmosferę, aby sięgnąć po jednego z leżących na talerzu ptysi. To, że on nie miał chęci na doskonały wypiek, nie znaczyło, że ona sobie odpuści. - A cóż to za tragiczne informacje, że ściągnąłeś mnie w taki sposób z Walii?- zapytała z uprzejmym uśmiechem, chociaż tęczówki lśniły jej coraz mocniej, buzującymi wewnątrz emocjami. Tylko zewnętrznie była oazą spokoju. Pandora należała do osób brutalnie szczerych, takie przeciąganie i niedopowiedzenia paskudnie ją nakręcały. Ugryzła jednak ptysia, uśmiechając się pod nosem na wybitnie lekki i smaczny krem, a potem otrzepując cukier puder z kolan, ponownie na niego spojrzała. Nie skomentowała słów o matce, bo one przecież częściej gryzły się ze sobą ,niż współpracowały, powinien o tym wiedzieć. Ayday miała zupełnie inną wizję młodej dziedziczki niż Pandora. I miała również dla niej konkretny obraz męża w głowie, którego nie mogła zaakceptować. Nie zrobiła nic złego — tak stwierdziła, myślami wędrując do minionych dni. Mógł się wkurwić o posągi, ale nie mógł o nich wiedzieć. O rozdawaniu po nocy kawy bezdomnym i kanapek też nie miał jak wiedzieć. Całe szczęście, że nie czytała mu w myślach, bo ochroniarzy by po prostu wyśmiała. Zresztą, utrzymać Pandorę Prewett w jednym miejscu miało taką samą szansę na sukces, jak wygrana w jednym z jego wielu kasyn. Patrzyła więc w milczeniu i napięciu, rozważając już choroby śmiertelne Abraskanów, jakiś wypadek u Lauriego lub kolejne rodzeństwo, o którym miała się dowiedzieć.
Gdy jednak usłyszała swojego ojca — do tej pory całkiem zdrowego na umyśle, aż ptyś jej wypadł z ręki i opadł na kolana. Rozchyliła usta w tak szczerym zaskoczeniu, że szczęściem było zajmowanie przez nią fotela, bo Merlin jej świadkiem, wywaliłaby się po prostu. Wstał, wściekły i sapiący, jak rozjuszony Niedźwiedź — nie prychał tylko w ten sposób. Pokręciła z niedowierzaniem głową, nie mogąc powstrzymać roześmiania się.
- Tatku.. To ja wzięłam wolne w pracy, zrzuciłam swoje obowiązki na Lete i Sebastiana, odmówiłam jednego zlecenia i pędziłam tu z myślą, że nie wiem, umierasz Ty lub matka, padają Ci konie, mam nową siostrę lub nie wiem, Laurent zdecydował się pójść do klasztoru, a Ty mi robisz awanturę, że w wieku ponad trzydziestu lat, chodzę na randki? Naprawdę? - zapytała dla pewności, wbijając w niego nieustraszone i absolutnie rozbawione, ale i zirytowane spojrzenie, czując, jak drży jej warga i jedna z żyłek na szyi. Czy on zwariował? - Byłby problem, gdybym umawiała się z kim innym, niż mężczyznami, nie uważasz?
Zapytała głosem słodkim i rozsądnym, trzepocząc przy tym teatralnie rzęsami. Przesunęła dłonią po burzy długich, ciemnych włosów i roześmiała się raz jeszcze.
- Jesteś niemożliwy. Z czego mam się tłumaczyć? Że zdarzyło mi się z kimś umówić, nie wiem, pocałować? Przecież Laurent zmienia na pewno partnerki, jak rękawiczki i nie robisz mu o to wyrzutów?
Ugryzła się mocno w wewnętrzną stronę policzka, aby nie wspomnieć o tym, że ojciec też miewał różne zapędy. Na przyjęciach matki często lustrował wzrokiem ładne czarownice. - Rozumiem, gdybym nie wiem, uprawiała seks na prawo i lewo, a co tydzień widziałbyś moje zdjęcie w gazecie z innym kawalerem, to owszem, miałabym się z czego tłumaczyć.
Dodała z delikatnym wzruszeniem ramion, wciąż przesłodko uśmiechniętą, owijając na palec kosmyk włosów, a drugą dłonią zaczęła zbierać tego ptysia z sukienki.
- Słucham Tatusiu? Co się stało? - zapytała poważniej, równie chłodno, co on. Byli do siebie bardziej podobni, niż ludzie pierwotnie zakładali. Obydwoje mieli silny charakter. Nie omieszkała jednak poruszyć się, korzystając z chwilowego milczenia tworzącego gęstą i nieprzyjemną atmosferę, aby sięgnąć po jednego z leżących na talerzu ptysi. To, że on nie miał chęci na doskonały wypiek, nie znaczyło, że ona sobie odpuści. - A cóż to za tragiczne informacje, że ściągnąłeś mnie w taki sposób z Walii?- zapytała z uprzejmym uśmiechem, chociaż tęczówki lśniły jej coraz mocniej, buzującymi wewnątrz emocjami. Tylko zewnętrznie była oazą spokoju. Pandora należała do osób brutalnie szczerych, takie przeciąganie i niedopowiedzenia paskudnie ją nakręcały. Ugryzła jednak ptysia, uśmiechając się pod nosem na wybitnie lekki i smaczny krem, a potem otrzepując cukier puder z kolan, ponownie na niego spojrzała. Nie skomentowała słów o matce, bo one przecież częściej gryzły się ze sobą ,niż współpracowały, powinien o tym wiedzieć. Ayday miała zupełnie inną wizję młodej dziedziczki niż Pandora. I miała również dla niej konkretny obraz męża w głowie, którego nie mogła zaakceptować. Nie zrobiła nic złego — tak stwierdziła, myślami wędrując do minionych dni. Mógł się wkurwić o posągi, ale nie mógł o nich wiedzieć. O rozdawaniu po nocy kawy bezdomnym i kanapek też nie miał jak wiedzieć. Całe szczęście, że nie czytała mu w myślach, bo ochroniarzy by po prostu wyśmiała. Zresztą, utrzymać Pandorę Prewett w jednym miejscu miało taką samą szansę na sukces, jak wygrana w jednym z jego wielu kasyn. Patrzyła więc w milczeniu i napięciu, rozważając już choroby śmiertelne Abraskanów, jakiś wypadek u Lauriego lub kolejne rodzeństwo, o którym miała się dowiedzieć.
Gdy jednak usłyszała swojego ojca — do tej pory całkiem zdrowego na umyśle, aż ptyś jej wypadł z ręki i opadł na kolana. Rozchyliła usta w tak szczerym zaskoczeniu, że szczęściem było zajmowanie przez nią fotela, bo Merlin jej świadkiem, wywaliłaby się po prostu. Wstał, wściekły i sapiący, jak rozjuszony Niedźwiedź — nie prychał tylko w ten sposób. Pokręciła z niedowierzaniem głową, nie mogąc powstrzymać roześmiania się.
- Tatku.. To ja wzięłam wolne w pracy, zrzuciłam swoje obowiązki na Lete i Sebastiana, odmówiłam jednego zlecenia i pędziłam tu z myślą, że nie wiem, umierasz Ty lub matka, padają Ci konie, mam nową siostrę lub nie wiem, Laurent zdecydował się pójść do klasztoru, a Ty mi robisz awanturę, że w wieku ponad trzydziestu lat, chodzę na randki? Naprawdę? - zapytała dla pewności, wbijając w niego nieustraszone i absolutnie rozbawione, ale i zirytowane spojrzenie, czując, jak drży jej warga i jedna z żyłek na szyi. Czy on zwariował? - Byłby problem, gdybym umawiała się z kim innym, niż mężczyznami, nie uważasz?
Zapytała głosem słodkim i rozsądnym, trzepocząc przy tym teatralnie rzęsami. Przesunęła dłonią po burzy długich, ciemnych włosów i roześmiała się raz jeszcze.
- Jesteś niemożliwy. Z czego mam się tłumaczyć? Że zdarzyło mi się z kimś umówić, nie wiem, pocałować? Przecież Laurent zmienia na pewno partnerki, jak rękawiczki i nie robisz mu o to wyrzutów?
Ugryzła się mocno w wewnętrzną stronę policzka, aby nie wspomnieć o tym, że ojciec też miewał różne zapędy. Na przyjęciach matki często lustrował wzrokiem ładne czarownice. - Rozumiem, gdybym nie wiem, uprawiała seks na prawo i lewo, a co tydzień widziałbyś moje zdjęcie w gazecie z innym kawalerem, to owszem, miałabym się z czego tłumaczyć.
Dodała z delikatnym wzruszeniem ramion, wciąż przesłodko uśmiechniętą, owijając na palec kosmyk włosów, a drugą dłonią zaczęła zbierać tego ptysia z sukienki.