13.10.2023, 23:23 ✶
Cathal odmawiać potrafił.
Nienawidził głosu w swojej głowie najbardziej na świecie, a że był człowiekiem ceniącym sobie ponad wszystko wolność, walczył z diabelskimi podszeptami ze wszystkich sił. Tyle że od Slytherina nie dało się uciec i czasem musiał ulec: w tych momentach, gdy przodek stawał się szczególnie uparty, i tłukł się w głowie Shafiqa, doprowadzając go niemalże do szaleństwa. Robił to jednak rzadko – świadomy pewnie, że Cathal jak to ostrze twarde, ale mało giętkie, prędzej pęknie na kawałki niż się ugnie w ważnych sprawach…
Ale czasem się uginał. I może właśnie dlatego w Zwierciadle Pragnień widział znikający cień Salazara, siebie samego, wolnego od klątwy, płynącej w ich krwi. I może dlatego tutaj stał – bo ostatecznie przyjście do posiadłości Gauntów, chociaż Cathal nie miał na to najmniejszej ochoty, nie było aż tak wielkim poświęceniem.
A może tylko sobie wyobraził, że to był głos przodka. Bo czego mógłby od niego chcieć, do diaska. Zajęcia się tymi roślinami, które zdawały się tutaj wręcz szaleć?
– Nie nazwałbym tego dnia dobrym – skwitował słowa dziewczyny, mierząc ją uważnym spojrzeniem od stóp do głów. Blade widmo, z piętnem choroby w oczach i, skoro przysłana została tutaj przez matkę, z dużym prawdopodobieństwem także z szaleństwem w głowie. Była wysoka, ale Cathal przerastał ją mocno, i spoglądał na panienkę, jakąś krewną zapewne, z góry. Krewną – albo żer dla węży… Wciąż jej nie rozpoznawał: chociaż milczał długą chwilę, w myślach porównując zobaczone kiedyś twarze dzieciaków do jej twarzy, ale minęło zbyt wiele lat, aby mógł mieć pewność, nawet odtwarzając je w najdrobniejszych szczegółach. – Rozumiem, że nie grozi ci, że jeden z węży cię zeżre? – spytał. Z dość umiarkowanym zainteresowaniem, bo prawdopodobnie interweniowałby, gdyby wąż Gauntów na jego oczach próbował kogoś zjeść, ale gdyby z kolei przyszedł na miejsce takiej sceny zbyt późno, to z pewnością po prostu ukryłby ślady zbrodni.
I nie wyjaśnił, jak się tutaj znalazł. Rzeczywiście przyszedł furtką, nie przełaził przecież przez mur, co byłoby trudne, a nawet gdyby znalazł wyrwę w zaklęciach ochronnych, w takim wypadku mógłby nigdy nie wyjść stąd żywy.
– Która z panien Gaunt jest twoją matką? – spytał. Któraś z sióstr albo bliskich kuzynek matki? (Matki, która kochała to miejsce i lubiła o nie dbać, póki szaleństwo nie pochłonęło jej doszczętnie...) Nie odwracał wzroku od panienki, bo może wyglądała absolutnie nieszkodliwe, ale w ich rodzie nie było, zdaniem Cathala przynajmniej, czegoś takiego jak „ktoś nieszkodliwy”. Wcale by się nie zdziwił, gdyby jasnowłosa panna o srebrzystych oczach wypaliła mu zaklęcie w plecy, bo nie spodobało się jej, w jaki sposób się wyrażał.
Upuścił papierosa na ziemię i wdeptał go starannie w grunt. Nie daj Merlinie, rozpętałby tutaj pożar tych nadmiernie wybujałych chwastów…
Nienawidził głosu w swojej głowie najbardziej na świecie, a że był człowiekiem ceniącym sobie ponad wszystko wolność, walczył z diabelskimi podszeptami ze wszystkich sił. Tyle że od Slytherina nie dało się uciec i czasem musiał ulec: w tych momentach, gdy przodek stawał się szczególnie uparty, i tłukł się w głowie Shafiqa, doprowadzając go niemalże do szaleństwa. Robił to jednak rzadko – świadomy pewnie, że Cathal jak to ostrze twarde, ale mało giętkie, prędzej pęknie na kawałki niż się ugnie w ważnych sprawach…
Ale czasem się uginał. I może właśnie dlatego w Zwierciadle Pragnień widział znikający cień Salazara, siebie samego, wolnego od klątwy, płynącej w ich krwi. I może dlatego tutaj stał – bo ostatecznie przyjście do posiadłości Gauntów, chociaż Cathal nie miał na to najmniejszej ochoty, nie było aż tak wielkim poświęceniem.
A może tylko sobie wyobraził, że to był głos przodka. Bo czego mógłby od niego chcieć, do diaska. Zajęcia się tymi roślinami, które zdawały się tutaj wręcz szaleć?
– Nie nazwałbym tego dnia dobrym – skwitował słowa dziewczyny, mierząc ją uważnym spojrzeniem od stóp do głów. Blade widmo, z piętnem choroby w oczach i, skoro przysłana została tutaj przez matkę, z dużym prawdopodobieństwem także z szaleństwem w głowie. Była wysoka, ale Cathal przerastał ją mocno, i spoglądał na panienkę, jakąś krewną zapewne, z góry. Krewną – albo żer dla węży… Wciąż jej nie rozpoznawał: chociaż milczał długą chwilę, w myślach porównując zobaczone kiedyś twarze dzieciaków do jej twarzy, ale minęło zbyt wiele lat, aby mógł mieć pewność, nawet odtwarzając je w najdrobniejszych szczegółach. – Rozumiem, że nie grozi ci, że jeden z węży cię zeżre? – spytał. Z dość umiarkowanym zainteresowaniem, bo prawdopodobnie interweniowałby, gdyby wąż Gauntów na jego oczach próbował kogoś zjeść, ale gdyby z kolei przyszedł na miejsce takiej sceny zbyt późno, to z pewnością po prostu ukryłby ślady zbrodni.
I nie wyjaśnił, jak się tutaj znalazł. Rzeczywiście przyszedł furtką, nie przełaził przecież przez mur, co byłoby trudne, a nawet gdyby znalazł wyrwę w zaklęciach ochronnych, w takim wypadku mógłby nigdy nie wyjść stąd żywy.
– Która z panien Gaunt jest twoją matką? – spytał. Któraś z sióstr albo bliskich kuzynek matki? (Matki, która kochała to miejsce i lubiła o nie dbać, póki szaleństwo nie pochłonęło jej doszczętnie...) Nie odwracał wzroku od panienki, bo może wyglądała absolutnie nieszkodliwe, ale w ich rodzie nie było, zdaniem Cathala przynajmniej, czegoś takiego jak „ktoś nieszkodliwy”. Wcale by się nie zdziwił, gdyby jasnowłosa panna o srebrzystych oczach wypaliła mu zaklęcie w plecy, bo nie spodobało się jej, w jaki sposób się wyrażał.
Upuścił papierosa na ziemię i wdeptał go starannie w grunt. Nie daj Merlinie, rozpętałby tutaj pożar tych nadmiernie wybujałych chwastów…