Nie rozumiała tych wszystkich wielkich słów o byciu szurniętym – bo co było złego w tym, że człowiek się martwił i czy wszystko w porządku, zwłaszcza w tak niespokojnych czasach jakie mieli? Przy słowach, jakie zostały wydrukowane w artykule? To nie była żadna paranoja, tylko racjonalność i Victoria nie proponowała Laurentowi, by się u niej ukrył, bo chciała go mieć dla siebie.
– Nie sądzę, by to były jego słowa – powiedziała krótko Pandorze. Może tylko ona z tego towarzystwa miała jakąś wiarę w Laurenta, a może nie. Tak czy siak była tutaj dla spokoju, nie uważała, że to był objaw nadopiekuńczości. Wręcz dobrze było zobaczyć, ilu osobom zależy na niepokornym selkie, który w czerwcu miał wyjątkowego pecha i najwyraźniej ten go do końca nie opuścił nawet z lipcu.
Victoria stała z tyłu, nie pchając się nigdzie, w ciszy obserwując interakcje Pandory z Atreusem, a po chwili pojawiła się też gwiazda wieczoru.
– Cześć – uśmiechnęła się lekko i niezbyt długo. W tłumie jakoś nie potrafiła pokazywać swoich emocji. – Wybacz, pewnie wysłałeś sowę do domu, a ja byłam w pracy i się minęłyśmy – wytłumaczyła swoją obecność tutaj. Sama nie zamierzała robić żadnych wykładów, ani karcić go za wydrukowane słowa – bo sądziła, że to nie on je wypowiedział, a zostały podrasowane, by numer lepiej się sprzedał. Nie podejrzewała go o taką głupotę, to nie był Laurent. No i na pewno sowy dopiero co nie odleciały… Chyba że tak długo zwlekał z odpowiedzią… Ale cóż, no to już nie była ich wina w takim wypadku. Może miała o nim za duże mniemanie. – Dobrze, że jesteś cały i zdrowy – dodała jeszcze i kątem oka widziała, jak Atreus niemalże chyłkiem wycofuje się do kuchni. Uśmiechnęła się króciutko do siedzącego w kącie na blacie Migotka.
Brenna szybko przeszła do działania, mówiąc w zasadzie wszystkie swoje intencje, a chociaż Victoria wybrała się tutaj z troski, to nie chciała wcale tak szybko zarzucać Laurenta tym… wszystkim. No ale trudno, stało się.
– Najlepiej do kogoś najmniej oczywistego – mruknęła pod nosem, bo zgadzała się, że najlepiej by było, gdyby się stąd zabrał, tak na wszelki wypadek… Ewentualnie. No cóż. Pidżama party na pewno mogłoby ostudzić zapały co poniektórych. – No… albo – właściwie to zupełnie o tym wcześniej nie myślała i tego nie planowała, ale było to pewne rozwiązanie. Tymczasowe, ale było, bo to był pierwszy dzień po wydrukowaniu artykułu. Jakoś się tutaj pomiszczą, chociaż nie miała pojęcia jak to logistycznie dokładnie zrobią. Śmierciożercy niekoniecznie musieli się zmobilizować już teraz, dlatego najlepiej by było, gdyby Laurent przyczaił się na kilka dni, zresztą dokładnie to mu napisała, ale nie wiedziała jaka była odpowiedź. Dla spokoju – swojego i innych, ale głównie swojego.
Ale później zmarszczyła brwi na słowa Brenny.
– Nie uważasz, że powinni się tym zająć aurorzy? To dość jawne zagrożenie ze strony Śmierciożerców, a to działka aurorów, nie brygadzistów – bo może naprawdę ktoś przyjdzie. A jeśli nie dzisiaj, to w najbliższym czasie, choć najlepiej by było, gdyby był to fałszywy alarm. Ktoś powinien mieć oko na Laurenta i na New Forest, ale tak jak mówiła, to była praca aurorów, a o ile nie wątpiła w dobre intencje Brenny, to nadal – była brygadzistką.