• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 8 9 10 11 12 … 16 Dalej »
[luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre

[luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
178cm, ciemne

Esmé Rowle
#10
14.10.2023, 11:41  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.10.2023, 15:25 przez Esmé Rowle.)  

Ależ oczywiście. Kłamstwo było potrzebne. Bez kłamstwa nie było prawdy, bo czym byłaby prawda? Prawda istniała tylko po to, by przeciwstawiać się kłamstwu, tak jak kłamstwo istniało tylko po to, by przeciwstawiać się prawdzie. Gdzieś już podobne słowa padały, co? Ale czy to był kolejny przykład dziwnej, paradoksalnej zależności czy może alegoria? Pozostawiam to do interpretacji. Niemniej, fałsz był niezbędny i w tym temacie dwójka mężczyzn się zgadzała. Mentalnie podawali sobie dłonie, chociaż Esmé miał zupełnie inne spojrzenie kiedy rzeczywiście wykorzystanie kłamstwa było usprawiedliwione. Niezajmowany emocjami umysł kalkulował, ale nie były to chłodne, matematyczne obliczenia. Brak większych emocji nie sprawiał, że wszelkie przemyślenia nagle odarte były z człowieczeństwa. Rowle wciąż kierował się swoim własnym kodeksem moralnym, który... no właśnie, mniej stawiał na emocje, to jak są odbierane, a więcej na... kto zgadnie? Tak, na prawdę. Tutaj mogłaby się pojawić wielostronicowa dysputa filozoficzna, określająca czy kłamstwo to czyn z natury zły, czy neutralny, bo z pewnością nie był dobry. Ale nic takiego się nie pojawi, ta lawina wniosków zostanie pominięta, by wyciągnąć z niej to, co najważniejsze - Esmé uważał kłamstwo za coś z natury złego. Z natury obrzydliwego. Gdyby drążyć, to uznałby je za bardziej nieludzkie, niż zabijanie. W końcu ludzie robili to od zarania dziejów, bo było to niezbędne do przetrwania. Ale kłamstwo? Oh, kłamstwo nigdy nie było niezbędne do przetrwania. Kłamstwo zaczęło mieć znaczenie, gdy człowiek odsuwał się od bestii, a zbliżał do człowieka. I w tym przypadku wcale nie było to rozgraniczeniem piekła od nieba. Bycie człowiekiem, według Esmé, oznaczało bycie kimś gorszym od bestii - tych naturalnych czy tych magicznych. Na tym świecie nie istniało stworzenie tak przerażające, tak okrutne i zniszczone do cna, jak człowiek. Kłamstwo stało się poważną bronią, by walczyć o przetrwanie w nowym środowisku, które w tym zakresie odnosiło się tylko i wyłącznie do ludzi - chodziło o społeczeństwo. O klatkę, w której człowiek sam się zamknął, by nie stać się potworem. Niektórzy o tym zapominali, bo... każdy już rodził się w tym rezerwacie, nie znając własnej natury. Wolność. O nią walczono, ale czy zawsze? Ludzie chcieli znajdować się w tej klatce, nie chcieli zostać z niej wykluczeni i wtedy... wtedy kłamali. Gdy zrobili coś, czego zrobić nie powinni. Gdy ludzka, potworna natura wygrała. Ale klatka się zaciskała, wykluczała stojących z dala od jej centrum, wyznaczała coraz trudniejsze do osiągnięcia granice. Ponownie - zasługa natury człowieka. Kłamstwo było wymagane coraz częściej, coraz mniej należało przewinić, by stać się potworem, toteż fałsz był na porządku dziennym. Musiał być, bo inaczej człowiek nie mógłby żyć z samym sobą.

Ale kłamstwo było wciąż kłamstwem. Było wciąż narzędziem, które zostało stworzone, by wyprzeć się naszej obrzydliwej natury. Dlaczego więc ludzie tak chętnie z niego korzystali, gdy nie musieli? Gdy było do stracenia... prawie nic? Ot, ktoś uznał cię za niekulturalnego, ktoś za bezczelnego, ktoś za chama i prostaka. A ktoś za szaleńca. Esmé nie kłamał w wielu sytuacjach, w których mógłby. I mógłby tak eufemistycznie nazwać to "dobrymi manierami" albo, co gorsza, "byciem dżentelmenem". Esmé kłamał wtedy, gdy musiał. Gdy czuł, że jest zagrożony. Gdy jego natura zostałaby zbyt obnażona. Ale nie zapominał, że posługuje się zakrwawionym nożem - niezależnie czy nim ucinał palce, czy groził, czy może jedynie rozcinał szmatę, która kneblowała go. Kłamstwo było kłamstwem, tak jak morderstwo było morderstwem.

Niczym zesłany z niebios Prewett przyjmował z otwartymi ramionami węże w swój Raj, a Esmé tym samym gestem witał strzały. Niektóre go chybiały, niektóre go trafiały. Po niektóre się schylał, a niektóre wyciągał z siebie, by zaraz wystrzelić je w kierunku, z którego wyleciały. Nie było ran, nie było nawet dziur. W tym abstrakcyjnym porównaniu Rowle był masą błota. Czasem ktoś był w stanie przysiąc, że w tym błocie widzi coś więcej, ale... ale to nie było istotne. Strzały w nim grzęzły, wystrzelone zupełnie na marne. Niczego nie mogły zdziałać, lecz przynajmniej strzelec mógł zbadać granice tego, ekhem, bagna.

Dało się wyczuć zmianę atmosfery. Dla Rowle było to wyczuwalne tak, jak dla rekina krew w wodzie. Nie budziło to jednak żadnych krwiożerczych instynktów. Żadnego antagonistycznego zachowania. Laurent nie odsłaniał się, a jednak teraz był... niczym odsłonięty. Grunt po którym stąpał... po którym został zmuszony stąpać stawał się dla niego coraz bardziej obcy, coraz bardziej zdradliwy. Kroki były coraz bardziej niezdarne, coraz bardziej niepewne. Esmé mógłby położyć mu rękę na ramieniu, a Laurent mógłby nawet nie zdać sobie sprawy co zaraz nastąpi. Że wcale nie zostanie podtrzymany, a zepchnięty w przepaść. Oh, jakże wszystko byłoby proste, gdyby tylko czarodziej rzeczywiście był takim potworem, w jakiego przeistoczenie został przygotowany przez życie.

- Wiesz co w prawdzie lubię najbardziej? - zapytał, opuszczając głowę w dół, spoglądając na moment na blat stołu, lecz z końcem uniósł spojrzenie - patrząc niczym spod wilka na Laurenta. - Jest bezczelna, bezkompromisowa i okrutna. Nie dba o to, co ktoś myśli, bo to co ktoś o niej myśli wcale nie zmienia tego, kim jest. - uniósł głowę, nawet nieco zadzierając ją. Przypatrywał się Prewettowi w skupieniu, w ciszy. Oczekiwał czegoś? Nie oczekiwał odpowiedzi na pytanie, bo sam zaraz wyjaśnił wszystko. Nie oczekiwał teraz reakcji. Sam zareagował. Uśmiechnął się - wcale nie nagle, ale wciąż dosyć zaskakująco. Zaskakująco ciepło - niczym nauczyciel, który dawał swoim młodym podopiecznym cenną lekcję jak być dobrym człowiekiem. - Wszyscy powinniśmy być bardziej jak prawda. - i na tym zamierzał zakończyć temat "żywych trupów" i tego jak Laurent się na niego zapatruje.

Strzelać w wyznaczony cel? Esmé zwęził spojrzenie na chwilę, zabujał się na krześle i pokiwał głową na boki w dziwacznym geście... ni to zaprzeczenia, ni potwierdzenia. Jakby po części się zgadzał, a po części nie. Tak, z zamiłowaniem strzelał w cel, ale... czy wyznaczony? Sam zdecydowanie go nie wyznaczał, lecz dostrzegał i obierał. Nie dało się nazwać też tego celowaniem w słabe punkty, bo czarodziej wcale nie próbował krzywdzić. Celował zdecydowanie w intrygujące punkty, który odsłaniały się i tworzyły podejrzenia, że mogą wywołać coś jeszcze ciekawszego. I jak ciekawe było smutne przyznanie się Prewetta, że nie jest szczęśliwy i nigdy nie był?

- Widzisz, Laurent, nawet ja byłem kiedyś szczęśliwy. - odezwał się beznamiętnie. Jego twarz nie przedstawiała emocji, ani ton głosu. Niemrawo patrzył na mężczyznę, będąc tym razem tak ludzko trzeźwy, skupiony, obecny. Tak, że nie dało się pomylić tej pustki z zamyśleniem, rozkojarzeniem, grą czy czymkolwiek innym. - Dlatego mam siłę, bo życie pokazało mi, że rzeczywistość może wyglądać inaczej. - prychnął czymś rozbawiony, ale jego kąciki ust nawet nie drgnęły, oczy nawet nie zmrużyły się, by wyrazić ten nastrój. - Ta siła może mieć różne pochodzenie. Mam nadzieję, że ją znalazłeś albo znajdziesz. - bo trudno było żyć komuś, kto nie znał smaku szczęścia. Nadzieja musiała mieć jakieś fundamenty, jakieś... uzasadnienie jej. Nie za mocne, nie za szczegółowe, bo nie musiało być logiczne. Nie musiało przekonać kogokolwiek innego, niż nas samych. U samego rzemieślnika pochodzenie tej siły się zmieniało, ostatnio może nawet zbyt gwałtownie.

Zamrugał nieco zaskoczony, a nieco skonfundowany słowami Laurenta. Rowle nie wiedział gdzie znajduje się w swoim życiu? Rozumiał co Prewett miał na myśli, ale nie rozumiał o co go posądza - o zagubienie, naturalnie, ale gdzie było jego miejsce w takim razie? Esmé uważał, że dobrze wie gdzie się znajduje. Nigdzie. I nie było to tożsame z brakiem wiedzy gdzie, bo "nigdzie" stanowiło konkretne miejsce. Jego życie nie zmierzało ku lepszemu, ani ku gorszemu. Stało w tym samym punkcie od dawna. Nic się nie zmieniało i, co najgorsze, nawet nie bolało. Nie było bodźców, że coś się dzieje źle lub dobrze.

- Odpowiedź jest niczym innym, jak wolą, by zaspokoić czyjąś ciekawość. Kłamstwem lub prawdą. - zaczął, chwytając w dłonie zapalniczkę, by zaraz zacząć ją obracać w palcach, bawiąc się nią. Co chwilę stukając o blat, by dokończyć obrót i poprawić chwyt. Teraz właściwie wyjaśnił, że odpowiedź nie padła tylko dlatego, że nie chciał jej udzielić - że nie chciał zaspokoić ciekawości ani kłamstwem, ani prawdą. Ale pewności nie było, bo też nie powiedział, że posiada jakąkolwiek odpowiedź. Ciężko było złapać za słowo Esmé, cokolwiek mu udowodnić, wytknąć palcem, gdyż ten prowadził swego dialog krętymi ścieżkami, na chwilę zbaczając z trasy, by zaraz do niej wrócić. Było wiele odnóg, z niektórych nawet zawracał, ale nigdy nie wydawało się to popełnionym błędem. Chwytał rozmówce za ręce, by wykonać kilka piruetów, dodatkowo pogarszając orientację w terenie. Dzięki temu pozostawał nieuchwytny i pewnie dlatego czuł się tak swobodnie niezależnie od rozmowy. Może nawet dlatego był tak nonszalancki - bo On był gdzieś poza zasięgiem. Nawet, gdy wydawał się tuż przed, na wyciągnięcie ręki.
- Klątwa? - powtórzył, po czym westchnął lekko. - Przy mnie, gdybyś tylko tego zechciał, gdybyś tylko sobie na to pozwolił, mogłaby zostać odczyniona. - wiedział, że chociaż rozmawiają sobie tak przyjemnie i poruszają tak personalne, wrażliwe tematy, to wcale nie muszą sobie ufać. Dokładniej - Laurent wcale nie musi mu ufać. Nie miał ku temu powodów, a niestabilność charakteru Rowle utwierdzała w niepewności. - Nie chcę robić nadziei - byłoby to chwilowe remedium. Tak długie, jak długo trwałoby spotkanie. - a zatem prawda mogła mieć znaczenie, zaś wszelkie zasady obowiązujące Laurenta i jego klątwę mogły odejść w niepamięć, bo Esmé patrzył na świat zupełnie innymi oczyma. I te ciemne, pozornie smutne oczy widziały w nim zupełnie inne wartości. Wszystko zależało jednak od Prewetta, który zdawał się być pogodzony aż za bardzo ze swoją klątwą. Tylko czemu trzymał się jej tak kurczowo, gdy rzemieślnik zapewnił, że dla niego ta klątwa nie istnieje? Tak, jakby nie znał innego życia. Jakby... no właśnie, nigdy nie zasmakował szczęścia.

Czarodziej skrzywił się, widząc niedbały uśmiech Laurenta - tak niewinny, chociaż włożył w niego tak niewiele. Nie miał mu za złe, że grał teraz nuty dalekie od perfekcji. Chodziło o poczucie, że... może go uszkodził? Nie robił tego zupełnie umyślnie, niespecjalnie tańczył w rytm, za którym Prewett nie mógł nadążyć. Nie, on nawet go nie rozumiał, bo z tego rytmu należało wybierać odpowiednie dźwięki, wiedzieć czym się kierować, by ten taniec mógł trwać dalej. Pfft, jasne. Można wmawiać jak to Esmé zręcznie się poruszał, a Laurent nie, ale prawda była inna. Rytmu nie było. Jeżeli Laurent wsłuchałby się, tak naprawdę dobrze, to dostrzegłby... przeraźliwą ciszę. Jedynie twarde podeszwy butów wystukiwały coś, co mogło sugerować takt. Jedyna muzyka jaka istniała, to ta w głowie Esmé. To nią się kierował i Laurent, niezależnie jak wspaniałym tancerzem był, tak nie był w stanie jej usłyszeć. Zmuszony był, prędzej czy później, pogubić się - nawet jeżeli podążał za towarzyszem. Rzemieślnik widział jak jego rozmówca zaczyna potykać się i wtedy zrozumiał na czym polegał problem - Laurent chciał tańczyć to samo, co on. Nie, drogi Laurencie, Ty powinieneś tańczyć swoje.

Zaintrygowanie Prewetta musiało pozostać zaintrygowaniem, gdyż Esmé nawet nie pomyślał, aby tłumaczyć swoje słowa na temat Raju i Koszmaru. Nie dlatego, że nie chciał, ale byłoby to zbyt uciążliwe. Wymagało wchodzenia w szczegóły, w ujęcie tego co wchodziło w skład marzenia, a co było po za nim. Bo jeżeli marzyło się o założeniu rezerwatu, to marzyło się o pracy, jaką należało w to włożyć. Marzyło się o okolicznościach, które to umożliwią. Nie marzyło się o konsekwencjach marzeń. Zatem, według kaletnika, należało brać pod uwagę cały proces, bo spełnianie marzenia było jego nieodłączną częścią, nierozerwalnym elementem, który przecież powinien być przedsmakiem wspaniałości. A jednak, dla niektórych, już ten etap mógł być koszmarem.

Słuchał Laurenta, patrząc na niego nijako. Przestał też bujać się na krześle, a zamiast tego zamarł w bezruchu. Długo milczał, długo też był kamienną statuą, nim otworzył papierośnicę i wyciągnął z niej kolejnego papierosa. Teraz obracał raz zapalniczką w dłoni, raz tytoniem w bibułce. I co obrót stukał - i jednym i drugim o blat. Jakby dosłownie wybijał rytm trybików we własnej głowie.

- Zaintrygowany? Nie. - nie była to zdecydowanie ta emocja. - Powiedziałbym, że się martwię, gdyby nie to, że widzimy się pierwszy raz po kilku dobrych latach. - dodał i ciężko westchnął, wkładając szluga do ust. - Ktoś twojego majątku powinien dawno uporać się z wątpliwym zdrowiem. - zasłonił dłonią zapalniczkę, z czystego przyzwyczajenia, bo przecież nie wiało, by płomień został zdmuchnięty. Zresztą... tego rodzaju płomień, napędzany benzyną, nie był do zgaszenia byle wiaterkiem. Metal klasnął, ogień znikł pod nim, a Esmé ponownie zaciągał się dymem. - Coś ci dolega? Może będę w stanie pomóc. Znam trochę ludzi. Także tych, których personie twojego wymiaru nie wypada znać. - nie wiedział o co mogło chodzić, ale to nie zmieniało faktu, że miał znajomości w półświatku. Potrafił się tam odnaleźć, potrafił złapać kontakty, które sprawiały, że niemożliwe stawało się możliwe. Teraz, tak po prostu, oferował pomoc. Wystawiał rękę nieco tak, jak robił to Laurent, ale bardziej dosłownie. Nie krył tego w przegrywaniu w karty. W takich sprawach, całe szczęście, nie kluczył. Tutaj wychodziła taka prosta, ludzka, dobra natura Esmé.

Zaczekał chwilę. Pozwolił Prewettowi odpowiedzieć, jeżeli chciał, a jeżeli nie, to właśnie umożliwiał mu zgrabną ucieczkę. Proste odtrącenie dłoni, którą doń wystawiał. Nie musiał tłumaczyć dlaczego i Rowle pokazywał, że nie będzie miał tego za złe. I że nie będzie naciskał. Że wszystko zależy od prostych słów, które Laurent wymawia. Nie trzeba było więcej.

- Dłużej nie potrafię udawać, że ten rozbabrany papieros nie budzi we mnie pytań. - bzdura, mógłby udawać ile chciał. Wiedzieli to obaj. Ale nie o to chodziło, Esmé skorzystał z tej ciekawości jako formy ucieczki dla Laurenta, z której mógł, ale nie musiał skorzystać. Ponownie nabrał obłok w płuca, wpatrzony w zniszczonego szluga jak w obrazek. Zupełnie zahipnotyzowany nim. Mrużył oczy, może nawet nieco krzywił się, jakby napotykał myśli, których napotkać nie chciał. - A może ten papieros stał się ofiarą twojej sekcji? I chociaż nie był zwłokami, to teraz, po tym co z nim zrobiłeś, zdecydowanie nimi jest, hm? - te słowa praktycznie mruczał do siebie, powoli, niemrawo. W jego opartej o krawędź blatu dłoni tkwił żarzący się papieros. O nieco lepszym losie, niż ten znajdujący się na stole, ale... czy na pewno? W końcu i on przepadał. A teraz przepadał nawet na darmo. Palił się sam, aż popiół był zbyt duży i upadł na stolik, co jednocześnie ocknęło rzemieślnika z transu, w który wpadł. - Wybacz. - odezwał się, zaraz zatykając usta papierosem. Nie wiadomo było czy przeprasza za swoje słowa, czy za zachowanie. Za coś jednak przepraszał.

Do you believe, when you're high...
That your life is tried?
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Esmé Rowle (13428), Laurent Prewett (13150)




Wiadomości w tym wątku
[luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Laurent Prewett - 26.09.2023, 17:21
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Esmé Rowle - 27.09.2023, 04:03
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Laurent Prewett - 27.09.2023, 08:59
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Esmé Rowle - 30.09.2023, 18:20
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Laurent Prewett - 30.09.2023, 20:22
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Esmé Rowle - 01.10.2023, 02:57
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Laurent Prewett - 01.10.2023, 10:27
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Esmé Rowle - 08.10.2023, 18:15
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Laurent Prewett - 08.10.2023, 19:13
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Esmé Rowle - 14.10.2023, 11:41
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Laurent Prewett - 14.10.2023, 13:04
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Esmé Rowle - 05.11.2023, 03:35
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Laurent Prewett - 05.11.2023, 17:34
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Esmé Rowle - 16.11.2023, 03:00
RE: [luty 1968] Esme & Laurent | Danse macabre - przez Laurent Prewett - 16.11.2023, 22:16

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa