14.10.2023, 14:16 ✶
Brenna miała rację, lepiej było być szurniętym w dobrym towarzystwie niż w osamotnieniu, dzięki tej grupce Laurie też nie będzie czepiał się tylko jej, bo przecież wcale nie kazała akurat tej dwójce tutaj przyjść. Co innego Atreus, jego faktycznie poprosiła, ale brat był chyba pogodzony z jej nadopiekuńczością, a przynajmniej taką miała nadzieję. Słowa Longbottomówny sprawiły, że mimo całej sytuacji roześmiała się lekko i kiwnęła głową, jakby naprawdę była to otucha i pewnego rodzaju sposób na rozładowane napięcia. Spojrzała też na Lestrange, kiwając głową.
- On czasem za dużo gada, ale też nie wydaje mi się, żeby ubrał to tak ryzykownie w słowa. To mądry chłopak, chociaż czasem o tym zapominam przez jego niezdarność. - odpowiedziała, przyznając jej rację. Był może małym, słodkim aniołkiem w jej oczach, ale wbrew jej reakcji pełnej nerw, emocji i wyrzucania z siebie, co popadnie, nie wątpiła w jego inteligencję. Zwłaszcza do biznesów. Miał też dobre serce, zwierzęta go uwielbiały.
- Czy wszyscy razem pracujecie? - zapytała z zaciekawieniem, bo chociaż wiedziała, co robił kuzyn i Brenna, nie miała pojęcia o zawodzie Tori. Wyglądali jednak, jakby się znali. Nic dziwnego, że Bulstrode był babiarzem, jak miał takie ładne koleżanki i aż dziw brał, że żadnej jeszcze nie wetknął pierścionka na palec.
- Czasem ja łamie Ci, czasem Ty mnie, ale i tak jesteś moim ulubionym, niezastąpionym kuzynem. - odpowiedziała ze wzruszeniem ramion, obdarzając sylwetkę mężczyzny pociągłym spojrzeniem, wciąż wzruszona, że rzucił wszystko po jej dramatycznym liście i tu przyszedł.
Naprawdę miło jej było widzieć, że gdy ona szlajała się po świecie-zarówno na jego powierzchni, jak i pod on był bezpieczny. I gdyby słowa czarnowidzącego Cathala okazały się prawdziwe i w końcu faktycznie umrą, nie będzie sam. Mimowolnie jej twarz złagodniała, chociaż nadal była bliska ataku omdlenia lub palpitacji serca. Pandora nigdy nie była człowiekiem kłótliwym, nie była też kimś, kto umiał długo się złościć. Skoro już wiedziała, że go żaden psychopata z przesadnym zamiłowaniem do władzy nie potraktował brzydkim zaklęciem, pojawiło się miejsce na trochę rozsądku. Przetarła oczy, wzdychając bezgłośnie. Całe szczęście, że była na swoich eliksirach, bo w innym przypadku, zwyczajnie skończyłaby się jej energia po takiej dawce stresu. Bardzo też odpowiadało jej, że miał taką rozsądną przyjaciółkę, jak Victoria i oby nie popsuł tego przez seks czy coś, bo takich ludzi należało trzymać blisko siebie. Mogła czasem ostudzić jego zapał.
Siedziała na kanapie, słuchając brygadzistki. Przynajmniej zgadzały się, że nie powinien być sam. Ciemne oczy przeniosły spojrzenie na Laurenta.
- Jak mnie nie będziesz chciał posłuchać, to powinieneś, chociaż swoich przyjaciół i kuzyna. Oni na co dzień mają styczność z tym, jacy to niebezpieczni ludzie. - mruknęła troskliwie, czując, jak palce się jej zaciskają i wbija sobie paznokcie w skórę. Bo co zrobią, jak się nie zgodzi? Wtedy będzie musiała napisać do ojca. Ona sama mogła też spać na podłodze, nie potrzebowała żadnych udogodnień, była przyzwyczajona do namiotów i leżenia na ziemi. Chciała mieć pewność, że nic mu nie będzie. Nie była może ekspertem magii bojowej, ale jej wynalazki potrafiły być naprawdę upierdliwie i niebezpieczne, jeśli tego chciała. Zastosowane w nich mechanizmy często były na tyle nieprzewidywalne, że ich potencjalna ofiara nie była w stanie domyślić się, co zrobi mały żuczek lub wężowa bransoletka.
Uniosła brwi na jej słowa, kręcąc głową.
- Nie zostawimy Cię tutaj przecież samej. - oznajmiła, jakby Brenna przynajmniej upadła na głowę. I co zamierzała zrobić, jak przyjdą w pięciu? Zachwycić ich tańcem brzucha? Niedorzeczne. Nie chciała też przyznawać racji sensownej Tori, bo przecież Brennie mogłoby być przykro. Wierzyła, że mimo bycia brygadzistką, ta miała już doświadczenie większe od niejednego aurora, który unikał pracy w terenie i tkwił za biurkiem. - Rozumiem, dlaczego warto byłoby tutaj zostawić odpowiednie powitanie, gdyby ktoś się pojawił, ale na Merlina, nie sama. I widzisz? Atreus jest dżentelmenem, nie zostawi Cię tu samej też.
Dodała jeszcze, jakby potrzebowała jej wyjaśnić, że faktycznie rozumiała. Uśmiechnęła się słodko do kuzyna, który tylko zyskiwał w jej oczach, nie pozwalając, aby Brennie stała się krzywda. - Kanapa się chyba rozkłada, możecie się zdrzemnąć razem, jest dość duża. Atre bądź tak dobry i zrób mi, proszę, kawy, jak możesz. Mocnej i bez cukru.
Zatopiła spojrzenie w Laurencie, bo zawsze, gdy go widziała całego i zdrowego, łagodniała i uspokajała się całkiem. Miał ją owiniętą dookoła swojego palca, chociaż nigdy nie przyznałaby się do tego publicznie, bo była silną i niezależną kobietą.
- Musisz być zmęczony, usiądź i odetchnij Laurie. Rozgościmy się sami, jak widzisz. - klepnęła z troską miejsce na kanapie, a sama złapała kolejny, głębszy oddech. Kręciło się jej w głowie coraz mniej, cały wewnętrzny chaos odpływał i wizja wywalenia się tu, jak kłoda również, wcale nie było potrzebne, aby dodała dramaturgii. - Przepraszam, że tak na Ciebie naskoczyłam, źle sobie radzę, jak coś ma się stać. Musiałeś być przerażony, jak zobaczyłeś, jak przekręcili ten artykuł.Jesteś zbyt inteligentny, żeby tak się wypowiadać w czasach, które nadeszły.
Nie wspomniała, że zamierzała złożyć wizytę w Proroku i odpowiednio porozmawiać z jełopami, którzy narazili życie jej ukochanego brata. Może złamać im nos? Uścisk chłopaka, który odwzajemnił wcześniej i jego zapach, wciąż tkwił na jej ciele, dając nową porcję siły.
- Ciesze się, że skorzystasz z propozycji kuzyna. Lepsze to, niż żeby ojciec zamknął Cię w domu.. Wzięłam ze sobą koliberki, mogę je wypuścić. Dadzą nam podgląd na okolice domku, można też zaczarować zaklęciem kameleona, to nie będą widoczne. - ostatnie zdanie kierowała bardziej do doświadczonych w walce ze Śmierciożercami Czarodziejów, ruchem głowy wskazując na porzucony plecak. Małe ptaszki były niezwykle użytecznym mechanizmem, zarówno do badania podziemi, jak i do patrolowania okolicy, gdy czegoś lub kogoś chciało się pilnować, ewentualnie uniknąć ataku z zaskoczenia.
- On czasem za dużo gada, ale też nie wydaje mi się, żeby ubrał to tak ryzykownie w słowa. To mądry chłopak, chociaż czasem o tym zapominam przez jego niezdarność. - odpowiedziała, przyznając jej rację. Był może małym, słodkim aniołkiem w jej oczach, ale wbrew jej reakcji pełnej nerw, emocji i wyrzucania z siebie, co popadnie, nie wątpiła w jego inteligencję. Zwłaszcza do biznesów. Miał też dobre serce, zwierzęta go uwielbiały.
- Czy wszyscy razem pracujecie? - zapytała z zaciekawieniem, bo chociaż wiedziała, co robił kuzyn i Brenna, nie miała pojęcia o zawodzie Tori. Wyglądali jednak, jakby się znali. Nic dziwnego, że Bulstrode był babiarzem, jak miał takie ładne koleżanki i aż dziw brał, że żadnej jeszcze nie wetknął pierścionka na palec.
- Czasem ja łamie Ci, czasem Ty mnie, ale i tak jesteś moim ulubionym, niezastąpionym kuzynem. - odpowiedziała ze wzruszeniem ramion, obdarzając sylwetkę mężczyzny pociągłym spojrzeniem, wciąż wzruszona, że rzucił wszystko po jej dramatycznym liście i tu przyszedł.
Naprawdę miło jej było widzieć, że gdy ona szlajała się po świecie-zarówno na jego powierzchni, jak i pod on był bezpieczny. I gdyby słowa czarnowidzącego Cathala okazały się prawdziwe i w końcu faktycznie umrą, nie będzie sam. Mimowolnie jej twarz złagodniała, chociaż nadal była bliska ataku omdlenia lub palpitacji serca. Pandora nigdy nie była człowiekiem kłótliwym, nie była też kimś, kto umiał długo się złościć. Skoro już wiedziała, że go żaden psychopata z przesadnym zamiłowaniem do władzy nie potraktował brzydkim zaklęciem, pojawiło się miejsce na trochę rozsądku. Przetarła oczy, wzdychając bezgłośnie. Całe szczęście, że była na swoich eliksirach, bo w innym przypadku, zwyczajnie skończyłaby się jej energia po takiej dawce stresu. Bardzo też odpowiadało jej, że miał taką rozsądną przyjaciółkę, jak Victoria i oby nie popsuł tego przez seks czy coś, bo takich ludzi należało trzymać blisko siebie. Mogła czasem ostudzić jego zapał.
Siedziała na kanapie, słuchając brygadzistki. Przynajmniej zgadzały się, że nie powinien być sam. Ciemne oczy przeniosły spojrzenie na Laurenta.
- Jak mnie nie będziesz chciał posłuchać, to powinieneś, chociaż swoich przyjaciół i kuzyna. Oni na co dzień mają styczność z tym, jacy to niebezpieczni ludzie. - mruknęła troskliwie, czując, jak palce się jej zaciskają i wbija sobie paznokcie w skórę. Bo co zrobią, jak się nie zgodzi? Wtedy będzie musiała napisać do ojca. Ona sama mogła też spać na podłodze, nie potrzebowała żadnych udogodnień, była przyzwyczajona do namiotów i leżenia na ziemi. Chciała mieć pewność, że nic mu nie będzie. Nie była może ekspertem magii bojowej, ale jej wynalazki potrafiły być naprawdę upierdliwie i niebezpieczne, jeśli tego chciała. Zastosowane w nich mechanizmy często były na tyle nieprzewidywalne, że ich potencjalna ofiara nie była w stanie domyślić się, co zrobi mały żuczek lub wężowa bransoletka.
Uniosła brwi na jej słowa, kręcąc głową.
- Nie zostawimy Cię tutaj przecież samej. - oznajmiła, jakby Brenna przynajmniej upadła na głowę. I co zamierzała zrobić, jak przyjdą w pięciu? Zachwycić ich tańcem brzucha? Niedorzeczne. Nie chciała też przyznawać racji sensownej Tori, bo przecież Brennie mogłoby być przykro. Wierzyła, że mimo bycia brygadzistką, ta miała już doświadczenie większe od niejednego aurora, który unikał pracy w terenie i tkwił za biurkiem. - Rozumiem, dlaczego warto byłoby tutaj zostawić odpowiednie powitanie, gdyby ktoś się pojawił, ale na Merlina, nie sama. I widzisz? Atreus jest dżentelmenem, nie zostawi Cię tu samej też.
Dodała jeszcze, jakby potrzebowała jej wyjaśnić, że faktycznie rozumiała. Uśmiechnęła się słodko do kuzyna, który tylko zyskiwał w jej oczach, nie pozwalając, aby Brennie stała się krzywda. - Kanapa się chyba rozkłada, możecie się zdrzemnąć razem, jest dość duża. Atre bądź tak dobry i zrób mi, proszę, kawy, jak możesz. Mocnej i bez cukru.
Zatopiła spojrzenie w Laurencie, bo zawsze, gdy go widziała całego i zdrowego, łagodniała i uspokajała się całkiem. Miał ją owiniętą dookoła swojego palca, chociaż nigdy nie przyznałaby się do tego publicznie, bo była silną i niezależną kobietą.
- Musisz być zmęczony, usiądź i odetchnij Laurie. Rozgościmy się sami, jak widzisz. - klepnęła z troską miejsce na kanapie, a sama złapała kolejny, głębszy oddech. Kręciło się jej w głowie coraz mniej, cały wewnętrzny chaos odpływał i wizja wywalenia się tu, jak kłoda również, wcale nie było potrzebne, aby dodała dramaturgii. - Przepraszam, że tak na Ciebie naskoczyłam, źle sobie radzę, jak coś ma się stać. Musiałeś być przerażony, jak zobaczyłeś, jak przekręcili ten artykuł.Jesteś zbyt inteligentny, żeby tak się wypowiadać w czasach, które nadeszły.
Nie wspomniała, że zamierzała złożyć wizytę w Proroku i odpowiednio porozmawiać z jełopami, którzy narazili życie jej ukochanego brata. Może złamać im nos? Uścisk chłopaka, który odwzajemnił wcześniej i jego zapach, wciąż tkwił na jej ciele, dając nową porcję siły.
- Ciesze się, że skorzystasz z propozycji kuzyna. Lepsze to, niż żeby ojciec zamknął Cię w domu.. Wzięłam ze sobą koliberki, mogę je wypuścić. Dadzą nam podgląd na okolice domku, można też zaczarować zaklęciem kameleona, to nie będą widoczne. - ostatnie zdanie kierowała bardziej do doświadczonych w walce ze Śmierciożercami Czarodziejów, ruchem głowy wskazując na porzucony plecak. Małe ptaszki były niezwykle użytecznym mechanizmem, zarówno do badania podziemi, jak i do patrolowania okolicy, gdy czegoś lub kogoś chciało się pilnować, ewentualnie uniknąć ataku z zaskoczenia.