14.10.2023, 16:07 ✶
Myśli idealistyczne nawiedzały mój umysł. Karmiły mnie wizjami, w których naprawdę mogło być wszystko okej, wszystko w porządku, wszystko szczęśliwie. Tak, jak tylko mogliśmy sobie to wymarzyć. A może nawet jeszcze lepiej, jeszcze bardziej, najlepiej? Tak, że nie byliśmy w stanie tego wysłowić? To, co czułem było... czymś nieokreślonym w swojej wielkości. Ulga przemieszana z lękiem sprawiała, że miałem lekkie zawroty głowy, ale wszystko było w porządku. Kochaliśmy się, prawda? Byliśmy dla siebie czymś więcej, czyż nie? Nie mówiła tego, ale płakała... Nie potrafiłem tego zaklasyfikować, ale wciąż byliśmy blisko siebie. Niezależnie od tego, co to oznaczało, było w porządku, prawda? Ale nie potrafiłem się temu przyglądać. Czemu to robiła? Czemu rozpadała moje serce na drobne kawałki?
- Och, Avelino... - szepnąłem czule. Otuliłem ją całym sobą, na tyle, na ile tylko było mnie stać. Przytuliłem ją do siebie i pogładziłem ręką po plecach. Nic jej nie groziło. Byłem tu. Zamierzałem osłonić ją przed każdym ciosem, który mógłby jej zagrażać. Nic się nie działo - powtarzałem w swojej głowie, próbując najwyraźniej tak naprawdę pocieszyć samego siebie. Moje emocje były zdecydowanie czymś, co mogło mi zagrażać najbardziej.
Niezależnie od tego, czy trwaliśmy przytuleni, czy całowaliśmy się, jakby świat miał się skończyć. Kochała mnie, ja to słyszałem. Powtórzyła to, co wtedy po naszej pierwszej kolacji, co oznaczało ni mniej, ni więcej, że mogłem teraz umrzeć szczęśliwy. Oczywiście jak tylko uporam się z tymi łzami u Aveliny, tymi okruchami smutku w jej oczach.
Otarłem jej łzy dłonią. Wpierw na prawym, potem na lewym policzku. Byłem przeszczęśliwy, ale też niemożliwie zatroskany. Ta dziewczyna miała mnie wykończyć. Nie mogła w pełni zejść z naszej wojennej ścieżki, wciąż odnajdując coś, co miało nas dzielić. Ja nie chciałem o tym myśleć, nie zamierzałem.
- Dzięki tobie ożywam i to jest ważne - stwierdziłem szeptem, chcąc myślami zatrzymać ją przy mnie, przy tej chwili. Była taka śliczna. Jej policzki były niczym dwie radosne chmurkowe poduszki i te łzy kompletnie tu nie pasowały. - Ale... chcesz pogadać? Stawmy czoło razem tym demonom, co ty na to? - zaproponowałem, patrząc na nią, chcąc w sumie jej pomóc. Nie chciałem jej oszukiwać tak, jak oszukiwałem samego siebie. Zasługiwała na bezkresny spokój w swoim sercu, więc zamierzałem wziąć na siebie to, co miało zostać powiedziane. Głośno. Bądź co bądź, uważałem siebie z odpowiedzialnego gościa. I niezłego rozmówcę w sprawach sercowych, bo miałem za sobą niezliczone nocne sesje z własną siostrą.
- Och, Avelino... - szepnąłem czule. Otuliłem ją całym sobą, na tyle, na ile tylko było mnie stać. Przytuliłem ją do siebie i pogładziłem ręką po plecach. Nic jej nie groziło. Byłem tu. Zamierzałem osłonić ją przed każdym ciosem, który mógłby jej zagrażać. Nic się nie działo - powtarzałem w swojej głowie, próbując najwyraźniej tak naprawdę pocieszyć samego siebie. Moje emocje były zdecydowanie czymś, co mogło mi zagrażać najbardziej.
Niezależnie od tego, czy trwaliśmy przytuleni, czy całowaliśmy się, jakby świat miał się skończyć. Kochała mnie, ja to słyszałem. Powtórzyła to, co wtedy po naszej pierwszej kolacji, co oznaczało ni mniej, ni więcej, że mogłem teraz umrzeć szczęśliwy. Oczywiście jak tylko uporam się z tymi łzami u Aveliny, tymi okruchami smutku w jej oczach.
Otarłem jej łzy dłonią. Wpierw na prawym, potem na lewym policzku. Byłem przeszczęśliwy, ale też niemożliwie zatroskany. Ta dziewczyna miała mnie wykończyć. Nie mogła w pełni zejść z naszej wojennej ścieżki, wciąż odnajdując coś, co miało nas dzielić. Ja nie chciałem o tym myśleć, nie zamierzałem.
- Dzięki tobie ożywam i to jest ważne - stwierdziłem szeptem, chcąc myślami zatrzymać ją przy mnie, przy tej chwili. Była taka śliczna. Jej policzki były niczym dwie radosne chmurkowe poduszki i te łzy kompletnie tu nie pasowały. - Ale... chcesz pogadać? Stawmy czoło razem tym demonom, co ty na to? - zaproponowałem, patrząc na nią, chcąc w sumie jej pomóc. Nie chciałem jej oszukiwać tak, jak oszukiwałem samego siebie. Zasługiwała na bezkresny spokój w swoim sercu, więc zamierzałem wziąć na siebie to, co miało zostać powiedziane. Głośno. Bądź co bądź, uważałem siebie z odpowiedzialnego gościa. I niezłego rozmówcę w sprawach sercowych, bo miałem za sobą niezliczone nocne sesje z własną siostrą.