Nawet pomimo nieprzyjemnego spotkania z ojcem jego serce śpiewało. Kiedyś ktoś mu powiedział, że ma nadzieję, że znajdzie swoje szczęście, że znajdzie doskonały powód do tego, żeby być, żyć i trwać. Nawet pomimo wszystkich tych paskudnych i potwornych wydarzeń, mimo jego dziwnej sytuacji z Philipem, mimo bardzo wielu przeciwności - serce śpiewało. Rozpływało się z czułości i słodkości, kiedy zbliżał się do domu państwa Delacour, chociaż wcale nie spodziewał się tutaj spotkać Kaydena. Albo raczej - to nie do niego przychodził, bo czy będzie, czy nie będzie..? Czuł się prawie jakby obrywał stokrotce jej płatki. Kocha, nie kocha..? Będzie, nie będzie? Myśl o tym, że mógłby znowu przejrzeć się w tych przeraźliwie jasnych oczach sprawiała, że był prawie jak panienka, która myślała o swojej pierwszej randce z mężczyzną. Nawet zdrowe rumieńce zdobiły jego twarz, a szedł z szerokim uśmiechem na twarzy. Po prawdzie byłby zawiedziony, gdyby nie trafił tutaj na Kaydena, a z drugiej strony miał nadzieję, że właśnie się na niego nie natknie. To była taka malutka nadzieja, którą podpowiadał rozsądek. Nie wierzył w siebie, czy byłby w stanie się teraz NORMALNIE zachowywać. Nie, kompletnie nie wiedział, czego się po sobie spodziewać i zamiast się tym przejmować to gotów był chichotać jak idiota pod nosem. Jakby nie było teraz żadnej możliwości na tym świecie, która mogłaby zepsuć jego humor, kiedy wędrował do tego baśniowego domku, siedziby sławnej artystki i przemiłej, przesympatycznej kobiety. Z tej strony przynajmniej dała się poznać. Mógłby przychodzić tylko do niej na herbatki.
Zapukał do drzwi domostwa i kobieta otworzyła niedługo później. Trochę zaskoczona?
- Panie Prewett..! Och, na Morganę, zupełnie umknęło mi, że ma pan dzisiaj zawitać w moich progach... Proszę wejść! - Jej uroczy uśmiech promieniował na cały ogród, jaki otaczał to miejsce.
- Może mi pani mówić po imieniu. Dzień dobry. - Kobieta była starsza, mogłaby być jego matką, więc jemu to niekoniecznie wypadało, ale jej już jak najbardziej. Wysunął bukiet tulipanów, który dla niej zerwał - nie, nie był to bukiet wymyślny, Laurent nie był jednak przyzwyczajony do przychodzenia w gościnę z pustymi rękoma. Choć to też zależało, do kogo i po co się udawał. Do takiej damy przyjść bez kwiatów? Och, to nawet nie wypadało. Nie tak został wychowany. - Mam nadzieję, że to nie ja pomyliłem daty? - Był pewien, że nie pomylił, ale delikatnie zażartował, oferując, że może odpowiedzialność za to jednak wziąć na swoje barki i równie dobrze się wycofać mimo tego, że niewiasta już zaprosiła go do wnętrza.
- Ach, skąd, fatygowałeś się tutaj taki kawałek... Jadłeś obiad? Może byś został? Kayden przyjdzie. - Zabrzmiało tak, jakby obecność Kaydena była tutaj atutem. I cholera - miała rację. Laurent uśmiechnął się i bardzo, BARDZO musiał się kontrolować, żeby nie skończył klaskając w dłonie i przykładając je do rozgrzanych policzków, no bo obogowieontubędzie. Ograniczył się do eleganckiego uśmiechu i poprawienia nieco koszuli, jaką na sobie miał. Choć to poprawienie koszuli głównie po to, żeby zająć czymś chociaż na moment ręce.
Wymienili się uprzejmościami i przeszli do pracowni kobiety, żeby omówić dalsze propozycje współpracy jak i przedstawiając jej wizję tego, co chciał zrobić w nieco szerszej perspektywie niż New Forest - czyli swojej ambitnej chęci zmiany prawa. Trwało to dłużej niż pięć, dziesięć minut, bo w końcu organizacja wystawy galerii, wybranie tematyki, finanse, kwestia współpracy - Laurentowi zależało na tym, żeby zebrać fundusze na pomoc dla poszkodowanych po Beltane jak i aktualnie mieszkańców Godryka. Właściwie kończyli, kiedy rozległo się pukanie do drzwi i chwilę później słychać było głos Kaydena i jego ojca. Kobieta pierwsza wyszła na spotkanie swojej pociechy, a zaraz za nią pracownię opuścił Laurent, w żadnym wypadku nie pchając się do przodu. Och, czy to nie jest niezręczne? Niezręczne w stopniu, w którym co prawda Laurent gotów był szukać pretekstów na spotkanie z Kaydenem... ale nie robiłby tego przez jego rodzinę. Miał nadzieję, że nie zostanie to tak odebrane, bo zrobiło mu się jednak nieco głupio.