Marzenia były najgorszym rodzajem myśli w takim życiu jakie oni prowadzili. Każde z nich było z innego świata, z innego etapu życiowego, ale marzyli o tym, że mogli być razem. Ona chętnie wyrwałaby się z rzeczywistości i zamieszkała w ziarenku marzeń, które rodziły się w jej głowie. Chciała te marzenia pielęgnować, bo były czymś cudownym, wspaniałym, powodującym, że czuła się na miejscu. Marzenia te mówiły o tym, że mogła zamieszkać z Augustusem, że mogła na niego czekać w domu warząc eliksiry i sprzedając je w okolic, w której by zamieszkali. Mogliby wyjechać gdzieś w góry z dala od bliskich, z dala od ataków jakie powodował ten okropny człowiek bez serca. Chciała czekać na Augustusa, chciała z nim spędzać czas, chodzić na spacery, na spotkania dotyczące eliksirów, czy innych ciekawych tematów. Chciała się z nim całować i zasypiać w jego ramionach. Chciała być dla niego najważniejsza, jedyna i tylko jemu potrzebna. Wiedziała jednak, że te marzenia były zwodnicze, bo jeśli umysł przekaże sercu, że tak może być, że zrodzi się nadzieja na to iż ich świat mógłby tak wyglądać, a potem przyjdzie rzeczywistość to ona pęknie. Rozpadnie się na kawałki. Nie będzie już tą sama radosną, kochaną Paxton z apteki na rogu.
Ciepło które jej dawał, ramiona, którymi ją oplatał, dłonie, którymi ją dotykał – to wszystko pragnęła zapamiętać, a może uda jej się dzisiaj dobrze zasnąć, albo wręcz przeciwnie – nie zaśnie i będzie o tym myśleć. Rozsadzać głowę tworząc scenariusze na to spotkanie, których już nie będzie mogła zrealizować, bo spotkanie było wcześniej. Będzie żałować, że mu uległa, będzie bić się z rozsądkiem, że nie zadziałał, że przegrał z pragnieniem i pożądaniem. Tak, bo cholernie go pragnęła jak jeszcze nigdy żadnego mężczyzny. Chciała, aby był jej, ale nie mogła od niego wymagać tego, że tak będzie, bo miał swoje życie i obowiązki. To ją smuciło, to ją bolało, że nie poczekał, że tak późno do niej przyszedł, że nie chciał o nią zawalczyć tylko pozwolił jej odejść. Cholerny idiota.
Skinęła głową i przemyła twarz wodą, w której nadal siedzieli. Odwróciła się bez słowa podpływając do brzegu w połowie wstając i kierując się tam na własnych nogach. Gdy wyszła na brzeg osuszyła się szybko zaklęciem, aby nie marznąć. Był początek czerwca – mimo ładnej pogody nadal było zimno. Ubrała się i usiadła na trawie, a gdy Augustus dołączył do niej bez słowa położyła mu głowę na kolanach patrząc w dal, na wodę i horyzont. Mogłaby tak spędzić wieczność. Chciałaby tak milczeć nawet sto lat, aby nie psuć tej chwili, tej ciszy. Nie odezwała się pierwsza, bo nie wiedziała co miała powiedzieć. Tak było jej dobrze, tak było perfekcyjnie.