Wiodła ją czysta, niepokalana absurdem ciekawość; matka wyraźnie naciskała na spotkanie, przed którym Lycoris została postawiona bez jej udziału – kobieta miała jednak to szczęście, iż jej przebrzydła, arogancka córka nosiła znamiona ciekawskości. Zwykle w końcu odmawiała, jakikolwiek kandydat na męża pojawiał się na matczynym języku, zbywając tę machnięciem dłoni, zaszyciem się na ministerialnych korytarzach tudzież w prosektorium – wszędzie, gdzie Daphne się nie pojawiała z czystego obrzydzenia. Ze śmiercią wszak obcować nie lubiła, a córka, już przekroczywszy trzydziestą wiosnę, jawiła się jako obraza rodowej dumy – nie dość, iż pracowała z tymi, którzy granicę życia już dawno przekroczyli, nie pojawiała się na salonach (a gdy się pojawiała, okrywała całunem wstydu matczyną poprawność i prawidłowość), żeby było lepiej: pierścionek jeszcze nie zaznaczył wstęgą jej palca!
Obraźliwa w całej swojej chudej, wysokiej prezencji, o zblazowanej mimice wyważonej nimbem gdzieś pomiędzy wysokimi kośćmi policzkowymi a pełnymi wargami, robiła na przekór. Welonem uwielbienia otuliła wszystkie swoje krzywe akcje – gdyby nie Perseus, matka już dawno wypaliłaby jej imię na drzewie rodzinnym czarną dziurą. Nie przeszkadzało jej to, wszak na czerni rozlanej kawy najwydatniejsze były gwiazdy, którym, choć pragmatyczna, powierzała swój los.
Nie wierzyła w to, iż fatum ściągnie na jej barki mężczyznę, który ją ujarzmi, otuli pierzyną żony i matki – czego wyraźnie wymagała Daphne. Była gotowa sięgnąć po wszelkie ekstremum, aby kandydata do siebie zniechęcić, a następnie wzruszyć ramionami, gdy matka zarzuci celowość jej czynom. I choć Lycoris była w całej swej puencie obraźliwa – wiedziała, że jest w stanie wykrzesać z siebie więcej.
Obcująca z trupami żona – dobrze; lubiąca je bardziej niż żywych – jeszcze lepiej.
Przybyła na miejsce bez zbytku egzaltacji, ubrana w damski garnitur – ku przerażeniu rodzicielki. Proste, wygładzone w kant spodnie podkreślały sylwetkę pozbawioną zbytku zaokrągleń, guzik białej koszuli był poluzowany przy szyi, a marynarka nadawała całości sylwetki należytej powagi. Gdyby nie ta jakkolwiek urocza buzia, nawet gdy nosiła ślady znudzenia oraz długie, splątane fale włosów z kosmykami grzywki opadającymi na czoło – mogłaby uchodzić za mężczyznę.
Z ciężkim westchnięciem skierowała się ku wyznaczonemu stolikowi, widząc delikwenta od tyłu – nie mogła wszak przypuszczać, w jak wielkim bagnie usiłowała utopić ją matka.
– Lycoris Black. Nie interesuje mnie, jak ty… – urwała, gdy tylko skierowała spojrzenie piwnych oczu na mężczyznę.
To musi być jakiś żałośnie obrzydliwy żart.
Na wpół zszokowana, na wpół rozeźlona, zajęła swoje miejsce naprzeciwko – po raz pierwszy od dawien zabrakło jej słów, w które mogłaby przyodziać własne zszokowanie.
– Pomyliłam stoliki, prawda? – spytała wreszcie, rozglądając się po lokalu niespokojnym wzrokiem.