Uśmiech nie zawitał na jej zaklętych w wyraz upiornej lichwiarki wargach, które ledwie drgnęły, ukazując prędzej święte oburzenie, aniżeli jakiekolwiek nuty bycia poprawną i kurtuazyjną. Nie grała w salonowej drużynie, w której musiała dygać i uśmiechać się urągliwie, tańczyć ochoczo i pudrować miałkim pyłem nos. W pierwszej chwili, do jej nozdrzy dotarł znajomych zapach jego wody kolońskiej – czyżby nie zmienił jej marki od czasów hogwardzkich?; zaszumiało jej w głowie nieprzyjemnie, a cały kalejdoskop wspomnień przemknął pod membraną powiek, które na moment przymknęła, usiłując wyłuskać z siebie cokolwiek ponad inwektywy. Przełknęła ciężko ślinę, gryząc się ostatecznie w język – była przecież pewna, że on jej nie zechce, sytuacja więc wydawała się klarowna; obojgu nie na rękę był ten mariaż, mogli zatem zjednoczyć siły, czyż nie?
Lycoris jednak nie lubiła gier grupowych i wszystko, co mogła zrobić w drużynie tudzież parze, wolała zrobić własnoręcznie – wówczas miała wykłutą jak ta Atena w marmurze pewność, iż zadanie zostanie wykonane bez skazy i zbędnego huku. Vincent mówił dużo; na oko Lycoris stanowczo zbyt dużo, a jego słowa układały się w umyśle jedynie w nieprzebrnięty szum.
Istotnie, krew prędko płynęła żyłami – oblicze jednak, blade i posągowe, nie zaznaczyło się w żadnej mierze pąsem. Wyglądała dokładnie, jak ona sama: o bystrym spojrzeniu piwnych oczu, grzywce opadającej kosmykami na czoło, niewielkim, zadartym nosem i sztywną postawą. W pierwszym odruchu, chciała roześmiać się buńczucznie, czując przekleństwo fatum, które nad nimi zawisło.
– Jeśli przez „męża” rozumiesz „mężczyznę, któremu urwę głowę jak modliszka partnerowi”, to tak, oto ja – sarknęła, nie mogąc się powstrzymać.
Minęły niewymiernie sekundy, pozostawiając ich milczących przy stoliku. Lycoris, nie pytając o jego zdanie, sięgnęła dłonią ku opakowaniu z papierosami, wyjmując jeden z nich, aby po chwili zająć jego końcówkę ognistym oczkiem. Popiół nawarstwiał się w rytm upływającego czasu, aby po chwili opaść na stolik.
– Więc jak byś się ubrał? Bo myślałam, że w łachmanach przestałeś chodzić po ukończeniu szkoły – odparła jadowicie, układając łokcie na stole, podbródek opierając na splecionych dłoniach.
Nie zwracała do tej pory uwagi na jego twarz; i dopiero teraz, gdy jej wzrok spoczął na fizjonomii Prewetta, dostrzegła, jak bardzo wydoroślał. Stał się postawny, sporo wyższy nawet od niej, niewybrednie wysokiej kobiety, o roziskrzonym spojrzeniu i szczecinie zarostu ulokowanej na bladych policzkach. Jej spojrzenie nie było jednak nachalne, a jego ognisko prędko zmieniła, unosząc wzrok na kelnera.
– Kieliszek krwi Vincenta wystarczy – zmusiła się do żartu, nie uniosła jednak kącików ust, sugerując, iż nie mówi poważnie. Była zaklęta jak ta płyta grobowa – to zabarwiło jej słowa pewną dozą grozy. – Whisky z colą – naprostowała.