Vincent bawił się za to naprawdę wyśmienicie, a uśmiech nie opuszczał jego twarzy nawet na sekundę. Był on typowy dla niego, złośliwy i odrobinę straszny, bo Prewett starał się być osobą groźną. Nie chciał być nigdy lubiany, nie chciał być nigdy przez nikogo zapraszany do serca. Sam sobie, sam dla tych wszystkich zwierząt, które do siebie przygarnął. Zawsze uważał, że rodzina jest na pierwszym miejscu, potem są zwierzęta i na samym końcu reszta świata – nawet przyszła żona. Nie uwzględnił w tej liście Lycoris, bo o niej zapomniał. Tak, widywał ją czasami na salonach jeśli udało się ją zmusić do tego, aby pojawiła się w takim miejscu, widział jak robiła wszystko, aby wkurzyć swoich rodziców i naprawdę go to kręciło w patrzeniu na nią. Nigdy nie przyznałby się do tego, że go pociągała, bo nie miał u niej żadnych szans. W końcu Black nie była nigdy skora do łapania w swoje ramiona mężczyzn takich jak on. Był tylko rozrywką w jej życiu tak jak i ona w jego.
Vincent słynął z zdania, że nie lubi ludzi, więc i pracy z nimi też nie podejmował za często. Jeśli miał w czymś zysk to potrafił zmusić się do współpracy, ale w ostatecznym rozrachunku zawsze działał sam. Cieszyło go to, że mógł znowu na nią popatrzeć, na jej bystre oczy i twarz zaklętą w zimny posąg. Oparł łokcie na stoliku i podparł podbródek na dłoniach patrząc na nią uważnie. Złośliwy, zadowolony uśmiech na jego twarzy nie znikał. Lubił, gdy była niezadowolona, a był pewien, że jego obecność tutaj nie była jej na rękę, więc cieszył się jeszcze bardziej.
– Zawsze wiedziałem, że masz w sobie robaka – mruknął; udał przy tym niezadowolone cmoknięcie, które było tylko grą do jej niezadowolonego, naburmuszonego jestestwa. On zawsze znajdował sytuacje, w której mógł się zabawić. Teraz mógł zjeść i wypić na koszt brata. Myślał, że spędzi czas w towarzystwie jakiejś głupiutkiej małolaty, ale obecność Lycoris nie była aż tak złym obrotem sytuacji. Musieli jednak wymyślić coś, co spowoduje, że Edward odpuści na jakieś pięć lat swatanie go.
Dym pomagał uspokoić głowę, a widok Lycoris cieszył oko. Dzień jednak nie był, aż tak podły jak zakładał i może nie powinien reagować taką złością w obecności Edwarda?
– Nie myśl za dużo – uniósł jedną brew ku górze, a potem zmrużył oczy patrząc na nią uważnie. Ciekawe ile się w niej od tamtego czasu zmieniło, ciekawe, czy to ją ugodzi, czy jednak odbije znowu pałeczkę.
Oh, tak Prewett już w szkole był gigantem, ale teraz to się umywało do tamtej aparycji. Nabrał mięśni, ramiona miał znacznie szersze, więc i Black w jego towarzystwie mogła uchodzić za drobna nawet jeśli próbowała prezentować się jak mężczyzna.
Kelner spojrzał na nią mrugając kilka razy zaskoczony jego słowami. Spojrzał na Vincenta jakby naprawdę chciał upuścić mu krwi. Vincent parsknął śmiechem zasłaniając usta. Ulga na twarzy kelnera była rozkosznie ogromna. Zapewne dostał rozkaz wypełniania ich każdej zachcianki.
– Dla mnie też – odparł do mężczyzny nim odszedł na miękkich nogach w stronę kuchni. – On był gotów podać ci moją krew – spojrzał na nią kręcąc głową. – Mój brat nie chciał mi powiedzieć z kim mam się tu spotkać. Po twojej reakcji wnioskuję, że też nie wiedziałaś – podjął temat – Edward nie odpuści mi tym razem – westchnął, a wnioskując po statusie jaki miała jego własna rodzina, rodzice Lycoris również nie odpuszczą, ale pewności nie miał.