Na bogów, ich relacja zatrzymała się w czasie sielsko hogwardzkim, gdy strzeliste zamczysko wyznaczało im granice, polany świadczyły o wolności, a języki słońca miło otulały wnętrze biblioteki, pełnej wirującego, miałkiego pyłu – kurzu przedwiecznych ksiąg. Zaklęci w tej jednej milionowej wszechświata, mogli wracać do dusznych chwil dzielonych na dwoje, a zbudowanych z półmisku rywalizacji i szczypty tego niewiadomego napięcia, które od zawsze budowało się między nimi bezsłownie. To nie tak, że nie lubiła Prewetta; mogłaby go utopić w łyżce wody, ale następnie prawdopodobnie byłaby pierwszą, wyławiającą go z odmętów piekielnych, spod bram samego Hadesu. Kąciki jej ust zadrżały niezauważalnie, skłaniając wargi do wygięcia się w nieznaczny, raptem cień uśmiechu – stalowe zblazowanie jednak, prędko zdmuchnęło zeń pyłek przyjacielskości, na powrót ujmując oblicze w standardowej formie nieprzystępności.
Nie lubiła ludzi, więc pracowała z trupami. Jedyną personą, którą znieść mogła na połach związanych niechybnie z pracą, była Cynthia Flint – stażystka, która została pod skrzydłami Lycoris na rozciągłość miesięcy; wiedziała, jaką kawę pija Lycoris, była punktualna, zdolna i spostrzegawcza i choć Black nie okazywała jej często nici sympatii – tożsamo perfekcyjna w działaniach, blondwłosa zjawa, zaskarbiła sobie pewną przychylność. Większość stażystów od niej uciekało; obejmowało inną drogę na korytarzach ministerialnych – Cynthia była jednak zgoła inna.
– Wolę mieć w sobie robaka, niż okrągłe nic, jak ty – odparowała, nie pozwalając jego żartowi w pełni wybrzmieć w przestrzeni. Wbijała w niego jeszcze przez moment baczne spojrzenie czujnych tęczówek, zupełnie jakby szukała w nich odpowiedzi.
W gruncie rzeczy przyszła tu przecież z własnej woli, wiedziona ciekawością, bo im więcej matka nie chciała jej zdradzić – tym większą ranę ciekawości rozdrapywała. Mogła odmówić; udawało jej się uciekać przed mariażem przez mnogość lat – teraz jednak, coś ją tknęło; sama nie wiedziała, czemu zdecydowała się wykrzesać z siebie odrobinę angażu. Teraz wiedziała, że był to błąd; wiedziony przeznaczeniem błąd.
– Wiem, że nawykłeś do panien, które zbyt wiele nie myślą, ale rozmawiasz ze mną – sarknęła w odpowiedzi na jego stwierdzenie.
Wyładniała od czasów Hogwartu; nie była już nieporadną dziewczyną o długich kończynach i włosach spiętych w niedbały kok – stała się kobietą w pełnej krasie, potrafiącą kokietować, o falach splątanych pukli spływających po ramionach, dużych, piwnych oczach i urokliwie wykrojonych wargach. Można ją było określić, jako ładną, to określenie jednak nie wydawało się dostatecznym. Aura, która wokół niej zataczała koła, mówiła o dominacji; nawet perfumy, które mościły się w zgięciu łabędziej szyi, roztaczały woń ciężką i piżmową.
– Na moją matkę powiedzieć można wiele, ale nie jest idiotką. Gdyby zapowiedziała, z kim to spotkanie ma być aranżowane, wiedziała, że najprędzej obdarzyłabym ją śmiechem, niż potraktowała poważnie. Myślę, że twój brat także nie jest w ciemię bity, co jest odrobinę szokujące, skoro to TWÓJ brat – odparła, a gdy została przed nią postawiona szklanka z whisky, zatopiła w niej wargi.
Przecież ona nie przeżyje tego spotkania bez wstawienia się.