15.10.2023, 20:55 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.04.2026, 20:20 przez Alexander Mulciber.)
I see a song of past romance, I see the sacrifice of men, I see portrayals of betrayal and a brother's final stand.
Alexander Mulciber
I see you on the brink of death, I see you draw your final breath, I see a man who gets to make it home alive,
But it's no longer you.
But it's no longer you.
To, że skłamał, powiedziało jej więcej, niż jakakolwiek szczerość mogłaby w tej chwili. Nie zdziwiła się – ani trochę. Kłamstwo było wyborem. Świadomym, precyzyjnym. Mógł zamilknąć, mógł się uchylić, odwrócić uwagę pytaniem. Zamiast tego rzucił jej opowieść w formie imienia. Legendę. I to powiedziało jej wszystko. [...] Nie ufał. Może nie potrafił. Może nie chciał. Może nie widział w niej nic, co mogłoby zasłużyć na prawdę. A może po prostu w głębi nie miał już swojego imienia – jedynie skorupę, którą wypełniał raz po raz innymi postaciami. Takimi jak Edmond Dantes: niechybnie zniszczonymi, złamanymi, ale romantyzowanymi przez literaturę. Wygodnymi do noszenia. Nieprawdziwymi. [...] Ale to jedno kłamstwo – miękkie, wymruczane między wdechem a wydechem – zarysowało kontur człowieka, który stał przed nią. Wolał zmyślenie, niż obnażenie. Maskę, niż bliznę. Potrafił zmyślać szybko, płynnie, z elegancją. A to oznaczało, że robił to często. Imię, które podał, było lustrem – odbiciem tego, za kogo chciał być uważany. Nie tego, kim był. I to właśnie było w nim najgroźniejsze. Nie to, że kłamał. Lecz to, że wiedział, jakiego kłamstwa użyć, by wydawało się wyznaniem.
– Od lat nie widziałam go… – zastanowiła się. Szczęśliwszego? Nie. Szczęście nigdy nie było dobrym słowem by opisać Alexandra Mulcibera. Byli do kości przeżarci smutkiem i chłodem, którego nawet wrześniowe słońce Rumunii nie mogło rozgrzać. Spokojniejszego? Nie. Milszego? Nie był miły, nadal był wkurwiający, jak wtedy kiedy ciągnął ją za warkocze, chociaż jego ojciec powiedział, że nie wolno! Że małych dam się tak nie traktuje. – …bardziej ludzkim. – Powiedziała wreszcie. Jej brat zdawał się być momentami wszystkim, ale nie człowiekiem.
Niewymownym, prorokiem, duchem, ale nie człowiekiem.
Niewymownym, prorokiem, duchem, ale nie człowiekiem.
Ważyła jeszcze mniej niż wspomnienie snujące się za Alexandrem przez Dolinę. Przezroczysta ręka upleciona z czystej duszy mogła podążać raz za razem we włosy wróżbity za jego palcami, lecz kędziory nie dostrzegały jej obecności i kłaniały się wyłącznie wiatrom. Nie dostrzegały jej chaszcze ani drzewa, które mijali w drodze do chaty, ale ona dostrzegała wszystko. Dostrzegała podobieństwo.
Oglądała jego czyste palce — gdy zginały się, czy zginały się tak samo, jak zakrwawiona żałobą ręka, która chwyciła ją tamtej nocy za nadgarstek? Patrzyła na jego krok, wybiegając przed niego i pozwalając mu przejść przez siebie — czy to był krok czarnego cienia z Ataraxii? Położyła widmowe palce na znajomych ustach — czy układały się w te same kształty, które już zwiedziła? [...] Alexander był cieniem na jej latach szkolnych. Teraz, gdy powrócił, również poznała go pierwej jako cień, lecz nie miał on tamtego zapamiętanego kształtu młodzieńczej sylwetki. Był to cień posępny i szorstki.
Tego dnia Alexander Mulciber wyszedł z cienia. Odwiedził ją i po raz pierwszy w życiu mogła go oglądać: przejrzeć się w oczach, które chwytały i odbijały jej własne światło. Był przytłaczająco wysoki, choć zbyt wdzięczny na olbrzyma — być może szykowali go na jednego z półbogów. Ktoś musiał w trakcie aktu stworzenia zarzucić projekt Alexandra — zostały mu z boskości tylko te oczy proroka. Porzucili w nim prócz daru i to nieukojone drżenie, i to chude ciało, w którym nie zdążyli wyrzeźbić herosa, i tę szarawą cerę, w którą nie tchnięto rumieńca.
Oglądała jego czyste palce — gdy zginały się, czy zginały się tak samo, jak zakrwawiona żałobą ręka, która chwyciła ją tamtej nocy za nadgarstek? Patrzyła na jego krok, wybiegając przed niego i pozwalając mu przejść przez siebie — czy to był krok czarnego cienia z Ataraxii? Położyła widmowe palce na znajomych ustach — czy układały się w te same kształty, które już zwiedziła? [...] Alexander był cieniem na jej latach szkolnych. Teraz, gdy powrócił, również poznała go pierwej jako cień, lecz nie miał on tamtego zapamiętanego kształtu młodzieńczej sylwetki. Był to cień posępny i szorstki.
Tego dnia Alexander Mulciber wyszedł z cienia. Odwiedził ją i po raz pierwszy w życiu mogła go oglądać: przejrzeć się w oczach, które chwytały i odbijały jej własne światło. Był przytłaczająco wysoki, choć zbyt wdzięczny na olbrzyma — być może szykowali go na jednego z półbogów. Ktoś musiał w trakcie aktu stworzenia zarzucić projekt Alexandra — zostały mu z boskości tylko te oczy proroka. Porzucili w nim prócz daru i to nieukojone drżenie, i to chude ciało, w którym nie zdążyli wyrzeźbić herosa, i tę szarawą cerę, w którą nie tchnięto rumieńca.
– Helloise
Należał do słońca i księżyca, do wrzosowisk i gwiazd szepczących mu swoje prawdy. Do strumienia i ognia żarzącego się w starym kominku. Ale nie do ludzi. Nigdy do nich, zbyt dumny, by przyznać przed bogami, że prorok wart jest mniej niż ziarnko piasku na pustyni.
No longer human.
Był prorokiem i synem proroków, który nosił proroctwa na ustach i przekleństwo we krwi. Proroctwa, które były potwierdzeniem jego przeklętego dziedzictwa tak samo jak sygnet noszony na małym palcu lewej ręki.
Prędzej czy później, każdy prorok kończył tak samo.
Sybilla wzniosła się ponad Rzymem, spaliwszy swe wypełnione przepowiedniami księgi, zanim ostatni z królów rzymskich zdążył pojąć ich znaczenie. Savonarola kazał wystrzegać się ognia piekielnego i skończył na stosie, w ogniu, który sam rozpalił. Kasandra straciła głos, krzycząc prawdę, lecz Troja spłonęła, bo nikt słuchał jej krzyków.
Wielu widziało w Alexandrze Mulciberze człowieka porywczego, spalającego się w ogniu własnych namiętności, ale jego furia była tak samo zimna jak jego oczy. Wypalony prorok, który wypluwał przepowiednie dławiąc się popiołem i rzucał się w ogień, bo chciał wróżyć z płomieni.
Prędzej czy później, każdy prorok kończył tak samo: pochłonięty przez własne wizje jak przez płomienie.
Niegdyś tak trudno było mu znieść świadomość, że nieważne, co zrobi, nie zmieni niczego w perspektywie przyszłości. Zamierzał jednak umrzeć próbując, i ta myśl zmieniała wszystko, dla niego. Nawet wtedy, gdy wiedział, że nie jest w stanie oprzeć się wyrokom losu, nie potrafił przestać się opierać. Wiedział, co się wydarzy, jakby wyczytał to z ksiąg sybillińskich, wiedział też, że niczego nie może zmienić, ale mimo wszystko, próbował, jak gdyby w książce, czytanej wciąż na nowo i na nowo, miało na niego tym razem czekać inne zakończenie. Pierdolony prorok z pierdolonym syndromem pierdolonej Kasandry.
Teraz już wiedział, że nie będzie innego zakończenia. Nie było innego zakończenia. Nie mogło być innego zakończenia.
Prędzej czy później, każdy prorok kończył tak samo.
Sybilla wzniosła się ponad Rzymem, spaliwszy swe wypełnione przepowiedniami księgi, zanim ostatni z królów rzymskich zdążył pojąć ich znaczenie. Savonarola kazał wystrzegać się ognia piekielnego i skończył na stosie, w ogniu, który sam rozpalił. Kasandra straciła głos, krzycząc prawdę, lecz Troja spłonęła, bo nikt słuchał jej krzyków.
Wielu widziało w Alexandrze Mulciberze człowieka porywczego, spalającego się w ogniu własnych namiętności, ale jego furia była tak samo zimna jak jego oczy. Wypalony prorok, który wypluwał przepowiednie dławiąc się popiołem i rzucał się w ogień, bo chciał wróżyć z płomieni.
Prędzej czy później, każdy prorok kończył tak samo: pochłonięty przez własne wizje jak przez płomienie.
Niegdyś tak trudno było mu znieść świadomość, że nieważne, co zrobi, nie zmieni niczego w perspektywie przyszłości. Zamierzał jednak umrzeć próbując, i ta myśl zmieniała wszystko, dla niego. Nawet wtedy, gdy wiedział, że nie jest w stanie oprzeć się wyrokom losu, nie potrafił przestać się opierać. Wiedział, co się wydarzy, jakby wyczytał to z ksiąg sybillińskich, wiedział też, że niczego nie może zmienić, ale mimo wszystko, próbował, jak gdyby w książce, czytanej wciąż na nowo i na nowo, miało na niego tym razem czekać inne zakończenie. Pierdolony prorok z pierdolonym syndromem pierdolonej Kasandry.
Teraz już wiedział, że nie będzie innego zakończenia. Nie było innego zakończenia. Nie mogło być innego zakończenia.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Krzywa tafla zwierciadła