15.10.2023, 19:55 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.10.2026, 21:35 przez Alexander Mulciber.)
No longer nobody.
To, że skłamał, powiedziało jej więcej, niż jakakolwiek szczerość mogłaby w tej chwili. Nie zdziwiła się — ani trochę. Kłamstwo było wyborem. Świadomym, precyzyjnym. Mógł zamilknąć, mógł się uchylić, odwrócić uwagę pytaniem. Zamiast tego rzucił jej opowieść w formie imienia. Legendę. I to powiedziało jej wszystko. […] Nie ufał. Może nie potrafił. Może nie chciał. Może nie widział w niej nic, co mogłoby zasłużyć na prawdę. A może po prostu w głębi nie miał już swojego imienia — jedynie skorupę, którą wypełniał raz po raz innymi postaciami. Takimi jak Edmond Dantes: niechybnie zniszczonymi, złamanymi, ale romantyzowanymi przez literaturę. Wygodnymi do noszenia. Nieprawdziwymi. […] Ale to jedno kłamstwo — miękkie, wymruczane między wdechem a wydechem — zarysowało kontur człowieka, który stał przed nią. Wolał zmyślenie, niż obnażenie. Maskę, niż bliznę. Potrafił zmyślać szybko, płynnie, z elegancją. A to oznaczało, że robił to często. Imię, które podał, było lustrem — odbiciem tego, za kogo chciał być uważany. Nie tego, kim był. I to właśnie było w nim najgroźniejsze. Nie to, że kłamał. Lecz to, że wiedział, jakiego kłamstwa użyć, by wydawało się wyznaniem.
No longer human.
Był prorokiem i synem proroków, który nosił proroctwa na ustach i przekleństwo we krwi. Proroctwa, które były potwierdzeniem jego przeklętego dziedzictwa tak samo jak sygnet noszony na małym palcu lewej ręki.
Prędzej czy później, każdy prorok kończył tak samo.
Sybilla wzniosła się ponad Rzymem, spaliwszy swe wypełnione przepowiedniami księgi, zanim ostatni z królów rzymskich zdążył pojąć ich znaczenie. Savonarola kazał wystrzegać się ognia piekielnego i skończył na stosie, w ogniu, który sam rozpalił. Kasandra straciła głos, krzycząc prawdę, lecz Troja spłonęła, bo nikt słuchał jej krzyków.
Wielu widziało w Alexandrze Mulciberze człowieka porywczego, spalającego się w ogniu własnych namiętności, ale jego furia była tak samo zimna jak jego oczy. Wypalony prorok, który wypluwał przepowiednie dławiąc się popiołem i rzucał się w ogień, bo chciał wróżyć z płomieni.
Prędzej czy później, każdy prorok kończył tak samo: pochłonięty przez własne wizje jak przez płomienie.
Niegdyś tak trudno było mu znieść świadomość, że nieważne, co zrobi, nie zmieni niczego w perspektywie przyszłości. Zamierzał jednak umrzeć próbując, i ta myśl zmieniała wszystko, dla niego. Nawet wtedy, gdy wiedział, że nie jest w stanie oprzeć się wyrokom losu, nie potrafił przestać się opierać. Wiedział, co się wydarzy, jakby wyczytał to z ksiąg sybillińskich, wiedział też, że niczego nie może zmienić, ale mimo wszystko, próbował, jak gdyby w książce, czytanej wciąż na nowo i na nowo, miało na niego tym razem czekać inne zakończenie. Pierdolony prorok z pierdolonym syndromem pierdolonej Kasandry. Teraz już Alexander się nie opierał. Przestał walczyć z przeznaczeniem, choć walczył z nim przez całe swoje życie.
Zastanawiał się, czy to akt odwagi, czy tchórzostwa. Zastanawiał się też, gdzie się podział młodzieniec, który prędzej pozwoliłby się spalić, wkraczając między płomienie, niż przyznał do przegranej z pokorą. Tamten młodzieniec chciał stać się herosem, ale gdzieś po drodze stracił swój heroizm, stając się tym, czego niegdyś nienawidził. Prorokiem, który biernie akceptował wyroki przeznaczenia, nie próbując się od nich odwoływać, jak gdyby jego przepowiednie nie były jedynie wskazówkami, a prawem. Czy jego akceptacja była wyrazem kapitulacji, czy zrozumienia?
Teraz już wiedział, że nie będzie innego zakończenia. Nie było innego zakończenia. Nie mogło być innego zakończenia.
Prędzej czy później, każdy prorok kończył tak samo.
Sybilla wzniosła się ponad Rzymem, spaliwszy swe wypełnione przepowiedniami księgi, zanim ostatni z królów rzymskich zdążył pojąć ich znaczenie. Savonarola kazał wystrzegać się ognia piekielnego i skończył na stosie, w ogniu, który sam rozpalił. Kasandra straciła głos, krzycząc prawdę, lecz Troja spłonęła, bo nikt słuchał jej krzyków.
Wielu widziało w Alexandrze Mulciberze człowieka porywczego, spalającego się w ogniu własnych namiętności, ale jego furia była tak samo zimna jak jego oczy. Wypalony prorok, który wypluwał przepowiednie dławiąc się popiołem i rzucał się w ogień, bo chciał wróżyć z płomieni.
Prędzej czy później, każdy prorok kończył tak samo: pochłonięty przez własne wizje jak przez płomienie.
Niegdyś tak trudno było mu znieść świadomość, że nieważne, co zrobi, nie zmieni niczego w perspektywie przyszłości. Zamierzał jednak umrzeć próbując, i ta myśl zmieniała wszystko, dla niego. Nawet wtedy, gdy wiedział, że nie jest w stanie oprzeć się wyrokom losu, nie potrafił przestać się opierać. Wiedział, co się wydarzy, jakby wyczytał to z ksiąg sybillińskich, wiedział też, że niczego nie może zmienić, ale mimo wszystko, próbował, jak gdyby w książce, czytanej wciąż na nowo i na nowo, miało na niego tym razem czekać inne zakończenie. Pierdolony prorok z pierdolonym syndromem pierdolonej Kasandry. Teraz już Alexander się nie opierał. Przestał walczyć z przeznaczeniem, choć walczył z nim przez całe swoje życie.
Zastanawiał się, czy to akt odwagi, czy tchórzostwa. Zastanawiał się też, gdzie się podział młodzieniec, który prędzej pozwoliłby się spalić, wkraczając między płomienie, niż przyznał do przegranej z pokorą. Tamten młodzieniec chciał stać się herosem, ale gdzieś po drodze stracił swój heroizm, stając się tym, czego niegdyś nienawidził. Prorokiem, który biernie akceptował wyroki przeznaczenia, nie próbując się od nich odwoływać, jak gdyby jego przepowiednie nie były jedynie wskazówkami, a prawem. Czy jego akceptacja była wyrazem kapitulacji, czy zrozumienia?
Teraz już wiedział, że nie będzie innego zakończenia. Nie było innego zakończenia. Nie mogło być innego zakończenia.
Należał do słońca i księżyca, do wrzosowisk i gwiazd szepczących mu swoje prawdy. Do strumienia i ognia żarzącego się w starym kominku. Ale nie do ludzi. Nigdy do nich, zbyt dumny, by przyznać przed bogami, że prorok wart jest mniej niż ziarnko piasku na pustyni.
Utinam falsus vates sim.
Tak brzmiała łacińska sentencja, którą zwykł kończyć swe prace.
"Obym był fałszywym prorokiem".
Niestety, wszystkie jego przepowiednie musiały się kiedyś spełnić, nawet wtedy, gdy nie był świadom ich wagi czy znaczenia.
Nawet wtedy, kiedy nie wydawały mu się na tyle istotnymi, aby wypowiedzieć je na głos.
Tak brzmiała łacińska sentencja, którą zwykł kończyć swe prace.
"Obym był fałszywym prorokiem".
Niestety, wszystkie jego przepowiednie musiały się kiedyś spełnić, nawet wtedy, gdy nie był świadom ich wagi czy znaczenia.
Nawet wtedy, kiedy nie wydawały mu się na tyle istotnymi, aby wypowiedzieć je na głos.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Niepotasowana talia tarota